Rodzicielska odpowiedzialność

Jeśli ktoś kogoś kocha to dba o jego bezpieczeństwo. To taka prosta prawda.

Wiecie, kochane, ze dojeżdżam do pracy. Nie raz, nie dwa, towarzysko zabieram samochodem inne dojeżdżające pielęgniarki i położne. Zawsze to taniej i raźniej. Auto to taka mała „kawiarnia” : opowiadamy sobie co się wydarzyło na dyżurze, co zrobić na obiad, gadamy o problemach i radościach, narzekamy na pogodę i nasze dolegliwości. Zwyczajne babskie pogaduchy. Ostatnio wracała ze mną koleżanka z oddziału chirurgii dziecięcej. Widać było, że miała ciężki dyżur , zmęczenie aż odbiło się na jej twarzy. Pytam jak minął dzień, a ona opowiada mi horror.

Przyjęły na oddział dziecko poparzone wrzątkiem. Matka postawiła w zasięgu rączek kilkulatka garnek z litrami wrzącej wody. Wszystko poszło na malucha. Oparzenie dotyczyło około 50% ciała. Czy rozumiecie? Połowa ciała malucha to jedna rana. Opowiedziała mi, jak próbowały szybko zaopatrzyć maleństwo, ale w takim przypadku nie jest możliwe. Leki przeciwbólowe po podaniu działają z pewnym opóźnieniem – kilka minut. Dla dziecka w szoku bólowym to wieczność. Zwykłe pobranie krwi, założenie dostępu naczyniowego i przygotowanie do opatrunku to piekło bólu dla dziecka. Kilkulatek był przerażony, cierpiący, każdy dotyk to straszny ból, krzyk i dramat. Pielęgniarki nie są w stanie wytłumaczyć mu, żeby się nie ruszał to wtedy będzie szybciej i przestanie boleć. Nikt nie wytłumaczy cierpiącemu dziecku. Muszą go trzymać na siłę, każda z nich wie, że czas jest ważny dla zdrowia malucha i pozwoli zakończyć farmakologicznie dolegliwości. Przez wkłucie pójdą leki dożylne szybko działające. To kwestia kilku minut i nie będzie bolało. Kto choć raz oparzył się wie jakie to nasilenie bólu. A teraz spróbujcie wyobrazić sobie, co czuło to dziecko oparzone w 50 % , nie rozumiejące dlaczego tak cierpi, przerażone i w otoczeniu obcych ludzi, którzy dotykają, wbijają igły, trzymają i ciągle coś mówią. Pielęgniarki robią opatrunki, zakładają cewnik, wkłucie, próbują pobrać krew, szybko, szybko. Żeby opanować zagrożenie wstrząsem, żeby pomóc. To niedziela, nie ma zabiegowej, ani oddziałowej, tylko dyżurne. Dwie na cały oddział chorych maluchów. Obie zajęły się poparzonym kilkulatkiem, ale to nie pierwsze takie dziecko w tym dniu, na oddziale jest jeszcze niemowlę oparzone kawą, bo akurat matka piła gorąca kawę z dzieckiem na rękach. Dramat dzieci i parada głupoty rodziców.

Koleżanka opowiada mi historie poparzeń dzieci z winy rodziców, a ja jestem przerażona. Jedna za drugą historie dramatu dzieci, zakończone kalectwem, bliznami, powikłaniami, w ciężkich przypadkach śmiercią.  Bo beztroska i wręcz głupota rodziców niszczy życie i zdrowie dzieci. I nie zawsze dzieje się tak w rodzinach patologicznych. Nie dbamy o bezpieczeństwo w domach, nie mamy wyobraźni co do konsekwencji naszych działań. I to przeraża……