Pomocne biodro

,,Bądź dobrą koleżanką i pomóż mi!” – z teatralnym szeptem przytupała do mojej dyżurki Dorcia. ,,Co się stało?” –  zawsze śmieszy mnie dyskrecja koleżanki, która zamiast zadzwonić i przekazać prośbę telefonicznie, woli osobiście, bo temat (na przykład ) jest krępujący. Jakby telefon żył własnym życiem i mógł wygadać nowinę. Cyrk!

,,Proszę cię, mam bardzo wysoką pacjentkę, wszystko wystaje poza łóżko porodowe, nogi, głowa, jak opiera stopy na podpórce to nie może przeć, ktoś musi jej pomóc, ona zgięta jest jak paragraf, zrozum, pomóż !” – przejęta Dorota nieskładnie mi tłumaczy problem. Dobra, i tak jestem przy porodzie, więc mogę ruszyć swoją ,,szanowną” troszkę wcześniej. Idziemy na blok porodowy. Nie spodziewałam się tego co zobaczyłam. Na łóżku porodowym próbowała przyjąć pozycję najwyższa kobieta jaką widziałam na naszym oddziale. Cokolwiek by nie zrobiła to i tak nie mogła przyjąć wygodnej pozycji,  bo to cholerne łóżko było za małe i już. Próbujemy na materacu na podłodze, ale pacjentka nie jest zadowolona, odchodzące wody płodowe powodują dyskomfort, chociaż jest podkład i ciągle jest zmieniany. Woli na łóżku porodowym.

Próbujemy dostosować pozycję z ominięciem podpórek na stopy, też niewygodnie. Kobietka jest coraz bardziej zdenerwowana i zniechęcona. To źle. Decydujemy, że wzywamy jeszcze jedną osobę. Nasza koleżanka z ginekologii. Obie będziemy robić za podpórki, czas nagli. Dorcia dzwoni do Eli z prośbą o natychmiastowe przyjście, bez zbędnego tłumaczenia. Do sali porodowej wpada Elunia, metr z haczykiem wzrostu, chociaż ze słuszną masą ciała. W lot łapie mgliste tłumaczenia Doroty, która nie chcąc urazić pacjentki, tak oględnie tłumaczyła, że nic nie wyjaśniła. Ela staje po jednej stronie kobietki, ja po drugiej, stopy opieramy o nasze biodra i przytrzymując się łóżka porodowego, robimy za podpórki. Idzie nieźle. Zaglądam w kroczę i przejęta jestem wyrzynającą się główką dziecka. Wreszcie mamy malucha, zdrowy chłopczyk, długi i dosyć chudy, jednym słowem podobny do mamusi :lol:

Z zadowoleniem uśmiecham się do koleżanek i widzę, że nasza Elunia ledwo żywa masuje sobie biodro. ,,Co ? Boli?” – pytam ze śmiechem.,, Biodro nie, długopis”. Odpowiedź jest cokolwiek dziwna. Widząc nasze głupie miny ( łącznie z rodzącą) wybucha śmiechem. ,, To wszystko tak szybko się toczyło, że zapomniałam wyjąć długopis z kieszeni fartucha i całe parcie myślałam tylko czy pęknie i uciapie mi tuszem ubranie, ale wytrzymał. Na coś się przydał tłuszczyk” . Śmiejemy się z długopisu Eluni i sporego siniaka na biodrze. Matka, tuląc dziecko do piersi mówi, że czuła coś kanciastego pod stopą , ale myślała, że położna jest taka koścista. Ubawione do granic głupawki, reagujemy dopiero na dzwonek do drzwi wejściowych. Po chwili stoimy wszystkie i z otwartymi gębami patrzymy na gościa – przyszedł ojciec dziecka. Facet był niższy ( !) ode mnie. No, cóż, przeciwieństwa się przyciągają.