Letni urodzaj

Od pewnego czasu nie pamiętam wolnych łóżek na oddziale. Moje koleżanki mówią, że to takie miesiące urodzaju, że niby to latem tak zawsze jest, że to minie… No , jakoś im nie wierzę. W tej chwili to pacjentki czekają na łóżko, nasz oddział przypomina taśmę produkcyjną, przyjęcie za przyjęciem. Kobiety czekają na łóżko docelowe ( czyli na normalnej sali )  na sali intensywnego nadzoru, na dostawkach.

Nie narzekam na pracę, to nie o to chodzi, to nie jest lament leniwca. Ja po prostu nie jestem w stanie w pełni pomóc wszystkim pacjentkom i małym pacjentom. Jest nas za mało, aby ogarnąć całość na takim poziomie na jakim oczekują pacjentki. Przy takim pośpiechu i ogólnym natłoku prac, nie ma czasu nawet na zwykłą rozmowę. Rzuca się tylko: poradzi sobie pani. To nie jest w porządku, ale nie mamy zwyczajnie czasu. Bo nowe przyjęcie, bo leki, bo dokumentacja, bo skok ciśnienia, bo trzeba przywieźć pacjentkę, wypisać, zbadać, zmienić opatrunki, podać wlewy kroplowe, leki godzinowe, bo wykąpać noworodki, przygotować mleko, zawieźć na badania, przystawić do piersi, przekazać na badania…..Kręcisz się i biegasz, a tu ciągle coś.

Noc na położnictwie. Jak weszłam do dyżurki i zobaczyłam tablicę z ruchem chorych to prawie byłam zadowolona, że powoli kończy się ten urodzaj . Po dniówce zostały dwa wolne miejsca na salach ogólnych i pięć łóżek na sali obserwacyjnej ( to sala na której przebywają pacjentki po CC, z pełnym monitoringiem ). Czyli bogactwo wolnego miejsca. Noc jest zazwyczaj mniej bogata w przyjęcia…. O święta naiwności !!

Początki były obiecujące, wizyta lekarska była spokojna, wręcz rutynowa. Kobietki zadowolone, dzieci spokojne i spore widoki na cichą nockę. Chociaż zazwyczaj pracuję na fizjologii noworodka to ten miesiąc jestem na położnictwie. Staram się, aby być jak najbardziej przydatną i pracować na równi z koleżanką. Wiadomo, że to ona jest jakby głównodowodzącą, a ja to szeregowiec, ale ogólnie fajnie mi się pracuje z koleżankami. Można być w piekle, byleby w dobrym towarzystwie !

Podałam leki i poszłam mierzyć pacjentkom ciśnienia. Miałam to zrobić szybko, ale wierzcie mi: to tylko mrzonki. 90% kobiet ma kontrolę RR, każda chce o coś się zapytać, a to czy jutro wyjdzie do domu, a dlaczego jej dziecko NIE MA żółtaczki, a dlaczego MA żółtaczkę, czy rana po cięciu może swędzieć, a czy wiem coś o wynikach malucha, czy może zjeść żółty ser, a czy ten kikut pępowiny ma tak wyglądać. Nie wspomnę o tych pacjentkach, które sama pytam o dzieci przebywające na ,,R ” noworodkowej, jak sobie radzą, czy już zostały odłączone od aparatury wspomagającej oddech, czy miały już podawany pokarm matki. To moje skrzywienie zawodowe. Kiedy wróciłam do dyżurki, moja koleżanka wypełniała już dokumentację. Poinformowała mnie, że już robią cięcie cesarskie. No, wiadomo, że coś tam muszą „robić”  na porodówce.

Tylko, że oni dopiero zaczęli ROBIĆ. Przywoziłyśmy pacjentkę za pacjentką, jedną zabezpieczyłyśmy, druga już była zgłaszana do przyjęcia. A potem następna, i następna, i następna. Dobrze, że trwa to z małym odstępem czasowym, to jest możliwość ogarnięcie i uzupełnienie dokumentacji, wariactwo.

Znów brak wolnych miejsc.

„Pieprzyk” na koniec… Przywożę pacjentkę na salę po zabiegu CC. Pani z wyższością komentuje: ja proszę o pojedynczą salę, bo nie mogę być z kimś, nie umiem się wyspać jak ktoś chrapie. No to ma pecha, jedyna „jedynka” to łóżko za kotarą na pięcioosobowej sali pozabiegowej pełnej matek i noworodków. Witamy na położnictwie !