Nieszczęście

Najgorsza jest bezradność. Stajesz do cięcia i wiesz, że to będzie nieszczęście i cierpienie.Wiesz,że urodzi się dziecko z zespołem wad. Masz dokumentację, konsultacje, mnóstwo zdjęć USG 3D, polecenia najlepszych specjalistów i zrozpaczoną mamę. Pomimo prowadzenia ciąży w renomowanej klinice, kobieta nie chciała tam  rodzić.Chciała w spokoju przeżyć chwile z własnym dzieckiem, bo to będą tylko chwile. Może godziny. Od początku mama wiedziała,że ciąża nie rozwija się prawidłowa, z każdym miesiącem dochodziły nowe zmartwienia i rozpoznania, wada za wadą. Badania, konsultacje i diagnozy nie zostawiły cienia nadziei. Brak możliwości pomocy był chyba najgorszy.

Do cięcia zgłosiła się sama z plikiem papierów, bez rodziny, bez bliskich. Dorota zapytała kogo informować o stanie zdrowia, a ona dłuższą chwilę szukała w myślach bliskich. Podała męża, ten sam adres. Pierwsze co, to pomyślałam :bydle, w takiej chwili zostawić kobietę z tym wszystkim, a może jest w pracy na wyjeździe? Różnie bywa. Potem zauważyłam że kobieta nie potrzebuje nikogo , jest smutna ale spokojna , pogodzona z losem, pewna swoich  decyzji.W rozmowie z neonatologiem prosiła, żeby nie męczyć dziecka zbędnymi zabiegami, bo chce je mieć cały czas przy sobie.

Wydobycie przebiegało bez problemów.Dzieciątko urodziło się maluteńkie, 1400 gram,  krótkie szponiaste rączki, brak kciuka , ledwo wykształcone nóżki, sztywne i zdeformowane, brzuszek wzdęty, z widocznymi naczyniami krwionośnymi, plecki to jedna straszna rana: rozszczep kręgosłupa, jakby ktoś patroszył rybę, tkanka na wierzchu. Główka nieproporcjonalnie malutka Cichutko kwiliło, oddech pojedynczy, płytki. Lekarz zdecydował o intubacji, jałowym, mokrym opatrunkiem zabezpieczono ranę, każdej czynność towarzyszy poczucie winy,że sprawia się ból. Ale nie można inaczej, dziecko żyje i nie my decydujemy jak długo. Naszym obowiązkiem jest zrobić wszystko jak trzeba. Transport maluszka  na OIOM. Matka po zakończonym zabiegu trafi na oddział ginekologiczny.

Jestem zaskoczona i trochę zła. To nie tak jak matka  prosiła lekarza, nie będzie z dzieckiem, a ono pewnie będzie miało wykonane wszystkie badania. Na pewno pozwolą jej odwiedzić kruszynę, ale będzie miało wszystkie rurki , elektrody i  cewniki, nie tego chciała dla maluszka. Nie rozumiem tego. Dorota widzi moja minę i pyta o co mi chodzi. Mówię jej,że łamiemy wolę matki. Koleżanka trzepie mnie po plecach, aż idzie echo. ,,Ale ty jesteś głupia, mamy patrzeć jak dziecko umiera ..” Wściekam się: ,, przy takich wadach nie będzie żyło więcej niż kilka godzin, Dorota, ono umrze samo, bez matki, w inkubatorze….” Dorota patrzy na mnie chwile i mówi:,, to jest dziś , jutro, może za kilka lat matka spytałaby dlaczego nie ratowano jej dziecka, pamiętaj, że jest jeszcze rodzina, ojciec dziecka.Co wtedy? Jak prawnie byśmy się obronili przed zarzutami?” Sama już nie wiem co lepsze. Takie to wszystko głupie, ani czarne ani białe. Nie wiem co lepsze i dla kogo. Pozwolić umrzeć co nieuniknione – nic nie robiąc, czy utrzymać przy życiu przedłużając je kilka godzin, czy dni, ale sprawiając cierpienie matce i dziecku. Każdy powie inaczej ale co innego podjąć decyzję.

Po trzech godzinach nasz ordynator powiedział, że dziecko zmarło w obecności ojca, matka nie chciała widzieć dziecka.