Jak Dorota poszła na wojnę

Czy wiecie, że współpraca personelu średniego (czyli pielęgniarek i położnych) z lekarzami nie jest idealna?Czasami to tylko drobne utarczki, pyskówki i formy nacisku. Ale czasami to już wojna. Moja Dorcia ruszyła na wojnę z lekarzem dyżurantem! Afganistan to małe piwko, co tam Rambo i inni, nie ma większej siły morderczego gniewu niż wściekła baba! A wierzcie mi, bo byłam świadkiem. ;-)

Jeśli dyżur ma ,,nasz” lekarz to są ustalone pewne formy współpracy i jest to nie zmieniane , tak jest i koniec. Zlecenia czy badania wykonuje się po wpisaniu do karty zleceń, bo tego wymaga prawo. Lekarz czasami prosi o wykonanie badania, wykonuje się czynność, a lekarz uzupełnia wpis w dokumentacji, gdy np skończy obchód czy rozmowę z pacjentką. ,,Nasi” wiedzą, że wszystko musi być na papierze, więc pilnują tego. Ale dyżuranci próbują zlecać na telefon, nie przychodzą uzupełnić wpis, jednym słowem nie lubią, gdy  nie mogą się wyspać. I takiego Borsuka zatrudniono w naszym oddziale na dyżury. Zarabia ciężkie pieniądze, ale najchętniej to oglądałby tylko tv w dyżurce. Przyjęcie czy poród to już fochy, nerwy i pyskówka do pacjentki :,,nie miała pani kiedy rodzić….” Nasze skargi nie odnosiły skutku, przy ordynatorze dyżurant był miły i grzeczny, tylko zamykały się drzwi za szefem,  chował się w dyżurce i koniec jego zaangażowania w pracę. Ciągnęło się to kilka miesięcy dopóty, dopóki nie trafiło na Dorotę. I wybuch konflikt zbrojny!

Dyżur nocny zaczął się bardzo pracowicie. Poród za porodem, dużo zleceń i badań. Dyżurant po drugim porodzie zwrócił Dorocie uwagę,że nie powinna nacinać krocza rutynowo. Była to czysta złośliwość, dzieci rodziły się duże, krocza były niepodatne, więc nacięcie chroniło przed urazami i noworodka, i matkę. Ale lekarzowi się to nie podobało, bo musiał szyć, a tak przystawiłby pieczątkę na karcie i luzik. Dorota zniosła uwagę z godnością, jest wieloletnim pracownikiem, ciągle się dokształca i ma ogromne doświadczenie, wie co robi. Ale lekarz nie ograniczył się do słów, zrobił wpis w dokumentację porodowa : ,,nie zlecałem nacięcie krocza, zabieg wykonano bez zgody….” W Dorotę jakby piorun strzelił. Po pierwsze poród fizjologiczny prowadzi położna, ona podejmuje decyzje o konieczności danego postępowania i Borsukowi nic do tego. Wpis lekarza to głupi gest, ale narusza kompetencje położnej. Spokojna i łagodnego usposobienia Dorcia, wściekła się jak Attyla. To była kropla, która przelała czarę. Przy trzecim porodzie, Borsuk w obecności pacjentki, zwymyślał Dorotę o nacięte krocze, do mnie rzucił się o za małe rękawice (sam wybrał rozmiar), a pacjentkę ofuknął, że jęczy z bólu. Dorota spokojnie powiedziała : ,, przecież boli to ma prawo” Na to Borsuk prawie wrzasnął ,,pani to nie ma prawa się odzywać”. Cisza była wymowna. Po szyciu polazł do siebie. A Dorcia na paluszkach na korytarz…Po chwili wróciła i zaraz schowała się do brudownika, troszkę pomogła mi przy pacjentce i znów korytarz… brudownik, korytarz, brudownik….Pytam co robi, a ta wariatka śmieje się i mówi tylko,że zemsta jest słodka. Latała tak parę godzin. O czwartej na blok wpadł wściekły dyżurant, wrzeszczał coś o telefonach i waleniu do drzwi, groził policją. Nie miałam pojęcia o czym on mówi, ale czułam w tym rękę Dorci. Złapałam ją w toalecie z komórką przy uchu i od razu zwymyślałam.,,Wariatko po numerze cie znajdzie i będzie sprawa, co ty robisz…” a moja Dorcia na to: ,,Trzeba sprawiedliwość wziąć we własne ręce,  za nas i pacjentki, on dzisiaj nie położy się ani na chwilę do końca dyżuru, już ja daję słowo” Okazało się, że telefony doktorek miał od wielu (Dorota ogłosiła powszechną mobilizację – znajomych ma tłumy i to bardzo chętnych do pomocy w takim psikusie nawet w nocy ;-) ). Między pomyłkowymi rozmowami na komórce i stacjonarnym w dyżurce (którego nie mógł wyłączyć), Dorota dobijała się do drzwi i sprytnie chowała się za rogiem korytarza. Po awanturze, odczekała godzinę i zabawa zaczynała się na całego.Najpierw się bałam, ale potem to muszę przyznać – pomagałam na całego.  :twisted:

Rano my kończyłyśmy dyżur w świetnych humorach, a Borsuk poleciał na skargę do ordynatora. Jego krzyki słychać było na całym korytarzu. Potem dziewczyny opowiadały, że wrzeszczał do szefa, że ma głupi personel i on tu nie widzi możliwości współpracy. I krzyżyk na drogę !Tak Dorota wygrała wojnę z butą i arogancją. Ordynator nigdy nie pytał o nocne wyczyny, tylko raz pogroził Dorocie palcem z szelmowskim uśmiechem.