Poród w domu

Jeśli dziecko urodzi się w domu, w tramwaju, w kinie lub innym miejscu niż szpital, blok porodowy ( czytaj – u nas! ), to wtedy taki poród zalicza się jako patologię. Jest to niebezpieczne dla malucha ze względu na możliwość wychłodzenia noworodka ( co możne stanowić bezpośrednie zagrożenie życia ), powstania urazów oraz zagrożenie bakteriologiczne. Dla matki taki poród to zagrożenie urazami i powikłaniami porodowymi, często bardzo niebezpiecznymi dla życia.

Nocna zmiana. Dyżur spokojny, bez porodów, czas płynie , mija północ. Nagle otrzymujemy telefoniczną informację z pogotowia, dyspozytor informuje, że wysłał karetkę  do porodu domowego, stan noworodka trudno określić, podobno żyje, matka krwawi, nic więcej nie wiedzą, ale mamy przygotować się na najgorsze, bo zgłaszający bełkotał, pewnie pijany. Biegiem szykujemy inkubator, ciepłe płyny infuzyjne, salę zabiegową, narzędzia, informujemy laboratorium, aby byli w pełnej gotowości, zjeżdżamy z walizkami reanimacyjnymi na parter do izby przyjęć, aby od razu przejąć rodzącą i noworodka. Wszyscy czekamy. Mija pół godziny. Nic. Lekarz wygląda przez okno na podjazd dla karetek i każde światła samochodowe stawiają nas na baczność. Ale karetki nadal nie ma. Czas ciągnie się strasznie, jeśli nie przyjeżdżają to pewnie reanimują, albo może nie mogą trafić pod adres, a może…. Czekamy jak na szpilkach. Po godzinie od rozmowy z dyspozytorem na podjazd podjeżdża karetka,wysiada ratownik z tłumokiem przyciśniętym do piersi. To noworodek, szybka kontrola stanu i już biegniemy na blok. Nie oglądam się nawet na Dorotę, ja odpowiadam za dziecko, ona za położnicę, taki mamy podział i każda wie co robić.  Na bloku ogrzewam dziecko i neonatolog dokładnie je bada. Noworodek jest w dobrym stanie, jest wychłodzony, ale jest zdrowy, o prawidłowej masie ciała. Akcja serca miarowa, płuca pracują bez zaburzeń. Ogrzanego i zabezpieczonego malucha umieściłam w inkubatorze, po odebraniu z laboratorium wyników gazometrii i biochemii krwi lekarz zdecyduje, czy może być przekazany na oddział. Ale nadal nie ma matki. Patrzymy z neonatologiem na zegarek i zastanawiamy się co jest grane. Chyba coś złego dzieje się  na izbie. Laboratorium przesyła wyniki, wszystko ok, maluch zniósł poród dobrze. Jeszcze badania bakteriologiczne, ale wyniki posiewów krwi i moczu będą najwcześniej po 24 godzinach, czyli już na oddziale. Dla mnie to już koniec nerwówki, dziecko jest  bezpieczne i mam spokojną głowę. Doroty i doktora nadal nie ma.

Po  godzinie dopiero moja ekipa wróciła na blok. Okazało się, że matka nie chciała zgodzić się na pobyt w szpitalu, łożysko urodziła w domu, to był jej piąty poród, dobrze się czuła, więc ,,takie leżenie po próżnicy nie ma sensu”.Ginekolog tłumaczył, ratownicy nakłaniali, Dorota przekonywała, jak grochem o ścianę. Dopiero salowa z izby przyjęć, w niewybrednych słowach, namówiła ,,uparciucha”: ,,A połóż się jak cię namawiają, wyśpisz się, najesz do syta a od starego będziesz miała święty spokój, nie bądź głupia, zrobisz sobie wczasy…..” Co tam powikłania poporodowe, zagrożenie sepsą i inne nieszczęścia, proste argumenty najlepiej trafiają do serca.