Papier do dupy

Wiecie co to głupawka, bo sami nie raz to mieliście. Człowiek śmieje się  z najdrobniejszej rzeczy, całkowita głupawka trafia się, gdy jesteś na dyżurze z kimś ,kto chętnie bierze udział w twojej głupawce. Wtedy to jest jazda bez trzymanki. Ja i Dorota zawsze bierzemy udział w głupawce, jesteśmy bardzo towarzyskie! :lol:Oj, wiadomo, że nie jest to profesjonalne i nikt niepowołany nie powinien tego oglądać, ale zdarza się głupawka wszędzie. Wierzcie mi.

Przyjęcie podczas nocnego dyżuru. Akcja porodowa w początkowej fazie. Rutynowe pytania i spokojne odpowiedzi. Rodząca to pani pedagog, uczy polskiego w naszym liceum. Kobietka z klasą. Późne macierzyństwo objawia się godnością i spokojem, wszystko ma przygotowane, poukładane, chociaż późna pora to ma nawet zrobiony dyskretny makijaż. Mąż opanowany i pełen taktu, ona pyta go przyciszonym tonem, on odpowiada pełen dyskrecji, prawie szeptem. Wersal ! Dorota , po badaniach, prowadzi parę do pokoju porodów rodzinnych, a ja porządkuję dokumenty. Lekarz kończy opis  badania. Zawodowa cisza. I nagle lekarz rzuca pytanie :,, Ale dyplomacja! Myśli pani, że chociaż raz kochali się inaczej niż po bożemu? „ Śmiejemy się. Początek głupawki. Do gabinetu wraca Dorota: ,, Z czego się tak cieszycie?” Chórem odpowiadamy:,,Z dyplomacji”. Głupawka w toku! Dorota patrzy na nas z politowaniem:,, A wiecie, że mąż tej nauczycielki pocałował ją w rękę, z podziękowaniem, że tak cierpi dla niego?”Zamiast szczery podziw dla kultury osobistej męża,słowa Doroty, wywołały nową falę śmiechu. Doktor cieszy się jak uczniak: ,,Pewnie po upojnej nocy też jej tak dziękuje !”.Wyobraźnia pracuje na całego. ,, Nie macie ani krzty ogłady, wszystko wam się sprowadza do krocza, to jakieś zboczenie zawodowe!” Słowa Dorci  zamiast nas uspokoić, dodają nam skrzydeł, rozrabiamy na całego. Opisy upojnych nocy hrabiny, flanelowa bielizna i kalesony hrabiego! Radocha na całego. Dorota zmyka na blok porodowy z groźbą,że nas nie wpuści, jak się nie uspokoimy, a my prawie płaczemy ze śmiechu.

Jednak nas Dorota na blok porodowy wpuściła. Godzina druga w nocy. Poród w pełnym toku. Rodząca za wszelką cenę stara się, żeby nie krzyczeć, mąż traci stoicki spokój, jest zdenerwowany i trochę przestraszony. Dorota prowadzi poród jak zwykle, chociaż jest specjalistką, trochę matkuje rodzącym. Mówi przyszłej mamie, że jeśli chce to możne krzyczeć, to nic złego. Wszystko w porządku. Natura wygrywa z narzuconymi więzami kultury. Pierwszy krzyk to prawie kwilenie , ale przynosi ulgę , potem to już poszło jak po zerwanej tamie. Emocje musza mieć ujście. Tata ma obłęd w oczach, czegoś takiego to nigdy nie widział. Szczególnie u swojej żony. Pełne rozwarcie i rodzi się piękny, silny chłopiec, słodziaczek. Ląduje na brzuchu zachwyconej matki, a rozanielony tatuś głaszcze go po główce. Piękna chwila. Zajęte rodzeniem łożyska i jego kontrolą, słyszymy jak tatuś pyta żony, gdzie są chusteczki, bo pobrudził rękę krwią. Matka instruuje spokojnie: ,, w prawej kieszeni torby…”, ,,nie ma, jest tylko papier toaletowy…” ,, to może w lewej ,albo w torbie dla dziecka….”, ,, nie ma…”, nagle grom z jasnego nieba:,, Kochanie, to weźże ten papier do dupy, i nie zawracaj mi teraz głowy !” Nagła cisza i fala śmiechu, rechoczemy wszyscy, mama,ojciec, doktor, ja a nawet Dorota. Zrobiło się swojsko i sympatycznie. Lekarz dopytuje się jak będzie miał na imię chłopczyk, rozchichotany ojciec wykrzykuje,, Ludwiczek!” Wśród śmiechu słyszymy komentarz matki: ,, koleżanki mówiły,że poród jest straszny , ja to się uśmiałam jak nigdy…”. My też :lol: