Krzywda

Nienawidzę ludzi,  tych którzy krzywdzą i nigdy nie spotka ich kara. Żerują na innych i prawnie nic nie można im zrobić. Dorota mówi, że jest sprawiedliwość boska, a nam nic do tego, ale gdybym mogła to wykastrowałabym drania.

Pacjentkę przyprowadziła matka. Stara, zmęczona kobieta przywiozła swoją głęboko upośledzoną córkę do porodu – planowanego cięcia cesarskiego. Ordynator pozwolił jej przebywać cały czas z córką ( nawet na sali cięć do momentu znieczulenia ), bo tak można było opanować młodą i przygotować do zabiegu, bez siłowych czy farmakologicznych rozwiązań ( niebezpiecznych dla dziecka). Matka wystraszona i zawstydzona całą sytuacją pomaga ze wszystkich sił, żeby tylko młoda dała sobie wkłuć venflon, ogolić pole operacyjne, założyć cewnik. Dorota po raz setny próbuje pobrać krew ale młoda daje sobie tylko zdezynfekować skórę, nie pomaga prośba, zabawa czy zasłanianie reki, jak widzi strzykawkę to taki wrzask, że klękajcie narody. Matka z nerwów już płacze. Lekarz anestezjolog pokazuje na zegar, ma następne zabiegi, cały plan się sypnie. Ordynator próbuje pomóc, ale zostaje opluty, więc wycofuje się z godnością. Matka wszystkich przeprasza i zasłania usta młodej, ta ją gryzie i bije po głowie. Ale za chwilę coś niesamowitego z młodą się stało, pełny spokój , łagodność.Głaszcze matkę i mówi, że ją kocha. Pełne szaleństwo. Dorota korzysta z sytuacji i szybko pobiera krew i kończy przygotowania, do żyły podłączona kroplówka. Podziwiamy matkę i serdecznie jej współczujemy. Na co dzień takie życie to piekło.

Cięcie cesarskie przebiega gładko. Rodzi się spory maluch, prawie cztery kilo, zdrowy fizycznie, bez wad. Zabierają go na oddział, dziecko idzie do adopcji. Położnica pozostaje na sali pooperacyjnej do wybudzenia, potem będzie przekazana na ginekologię. Matka siedzi przy niej i płacze. Młoda krzyczy, że boli, ale powoli się uspokaja, ma fazę łagodności, drzemie. Dorota wyciąga matkę z sali do dyżurki, daje do ręki kubek z herbatą  i kanapkę. Matka jest wykończona fizycznie i psychicznie. Trzęsą  się jej ręce, głowa, nie może przełknąć chleba. Łzy lecą jak grochy.

,,Jak się Gosia urodziła to nic nie było widać , że upośledzona. Taka była ładna i zdrowa. To potem wyszło, stary to darł się na mnie, że to nie jego dziecko, bo pozostała piątka to zdrowa, szkoły pokończyli i poszli w świat. Gosia została, w domu to pomoże, kurze zetrze czy kwiaty podleje, ale trzeba pilnować. W kuchni to już więcej szkodzi niż pomoże. A my jeszcze gospodarkę mamy, więc jest co robić. Jak była mała to nie było tak źle, gorzej teraz. Ucieka z chałupy, w nocy przez okno, a chłopy, to wie siostra, spiją ją i ciągają po stodołach. Pani doktor z ośrodka to nawet dała mi leki, ale Gosia nie chce łykać, czasem to mnie tak bije, że już sił nie mam szarpać się z nią. Do herbaty dodawałam te tabletki, ale to nic nie pomogło. Szkoda mi dzieciątka, ale ja już nie poradzę wychować. Nie mam sił. Ten lekarz to mówił, że dużo ludzi chce adoptować, że nie będzie długo w bidulu. To dobrze. Boję się co dalej będzie z Gosią, jak ja ją upilnuję. Bo wie siostrzyczka, ja już na policji byłam, bo Gosia nie wie co robi, a chłopy wiedzą. Dadzą wina a potem biorą ją do stodoły, nawet żonate. Ale policjant powiedział, że Gosia dorosła i nic się nie da zrobić . Można do zakładu oddać. Jak wrócimy  to może dadzą jej spokój. Szkoda dziecka…..”

Mężczyźni we wsi wykorzystują ułomność dziewczyny, narażają jej zdrowie i życie, krzywdzą  matkę i  dziecko. Wiedza,że żaden sąd ani policja nic im nie zrobi. Traktują człowieka jak seksualną zabawkę. Prawnie nie można wysterylizować młodej, a leki antykoncepcyjne kosztują. Matka Gosi nie radzi sobie z opieką nad nią z racji wieku i innych problemów, dranie to wykorzystują . I gdzie jest sprawiedliwość?