Awantura

Wiecie co jest najgorsze w naszej pracy? Kłamstwa i pomówienia. Nic nie można zrobić. TO żyje własnym życiem i pleni się jak zaraza. Wiesz, że jesteś czysta, ale rzucone błoto  już się do ciebie przykleiło. Wyjaśniasz, prostujesz, ale twój głos ginie w wrzasku sensacji. Teoretycznie możesz oskarżyć i wnieść sprawę sądową, ale spróbujcie wojować, gdy ma się taką wypłatę jak w ochronie zdrowia.

Zacznę od początku. Pacjentka przy przyjęciu podpisuje zgody na zabiegi, podaje osobę najbliższą do kontaktu, wypełnia wywiad epidemiologiczny, ogólnie jest to masę dokumentów. Wszystko jest w papierach, wypełnione ręka pacjentki, podpisane przez nią samą , porządek musi być. To dotyczy też zgody matki na szczepienia noworodka. Według kalendarza szczepień na oddziałach szpitalnych wykonuje się dwa szczepienia: BCG i WZW B czyli przeciwko gruźlicy i pierwsza dawka przeciwko wirusowemu zapaleniu wątroby typu B. Te wszystkie zgody i wywiady przyszła mama wypełnia na izbie przyjęć. Wiem, że dodatkowo dziewczyny z położnictwa, przed szczepieniem, informują o tym matkę. Czyli, zanim dziecko zostanie zaszczepione, dwa razy matka może określić swoją decyzję: tak czy nie. Szczepienie BCG musi być wykonane do 24 godzin po narodzinach, a WZW B najlepiej równocześnie z BCG.

Dyżur dzienny ma swój rytm, najpierw przyjęcia , czasami planowe cięcia cesarskie, a czasami cisza. Blok żyje własnym życiem, nie ma tak rygorystycznego podziału dnia jak oddział. Siedziałyśmy w dyżurce, gdy usłyszałam krzyki. Mamy odruch, że jak jest ,,krzyk” to poród w toku (bo co innego może się dziać na porodówce). Wybiegłam na korytarz i trafiłam w same centrum awantury. Młody mężczyzna wrzeszczał do oddziałowej, która próbowała go uspokoić i coś tłumaczyć. Facet, kiedy mnie zauważył, całą złość skierował na mnie, nazwał mnie głupią i nieodpowiedzialną, że zmarnowałam zdrowie jego dziecka, że zgniję w kryminale, że jestem nieukiem i debilem. Moje pytanie: ,,co się stało?” utonęło w wrzasku. Oddziałowa próbowała odciągnąć agresora ode mnie, ale odepchnął ją. Nawet nie zauważyłam, że Dorota przyłączyła się do wymiany ,,zdań” i razem z oddziałową zasłoniły mnie sobą. Byłam wystraszona i zwyczajnie bałam się, że facet mnie uderzy. Po pierwszym wybuchu jakoś udało się namówić, żeby wszedł do dyżurki i powiedział o co chodzi. Jak zobaczył kawę w kubkach to znów się zaczęło, wrzaski o leniach i głupich kwokach. Zostałam na korytarzu, trzęsły mi ręce, nogi, nie mogłam przełknąć śliny. Po chwili usłyszałam głos oddziałowej, pytała spokojnie a on wrzeszczał a w odpowiedzi. Treść wypowiedzi była dziwna: zmusiłam jego żonę do podpisania zgody na szczepienia, nie pozwoliłam przeczytać treści pisma i krzyczałam, żeby szybciej podpisywała. W życiu nie słyszałam większej bzdury! Kiedy Dorota w sposób kategoryczny zaprzeczyła, facet powiedział, że żona mu wszystko powiedziała i wymieniła moje nazwisko. W szoku weszłam do dyżurki i usłyszałam, że on załatwi mi bezrobocie. Koszmar. Próbowałyśmy ustalić fakty. Po pierwsze nie zgadzał się czas, nie miałam dyżuru, gdy była przyjmowana jego żona, po drugie: dlaczego pozwoliła zaszczepić na położnictwie? Mogła tam wyrazić swój sprzeciw. Po trzecie: dlaczego od razu nie było protestu tylko przy wypisie?

Kiedy doszło do konfrontacji z małżonką okazało się, że ona nie wie czy to ja, ale pamięta nazwisko, nikt jej nic nie mówił, tylko krzyczeli. Dziewczyny z położnictwa mało nie eksplodowały. Pokazywały dokumenty wypełnione osobiście przez matkę, oddziałowa pokazała grafik, z domu przybiegła dziewczyna , która przyjmowała pacjentkę. Czarno na białym wyjaśniłyśmy wszystko. I co? I nic! Przez nas dziecko zaszczepiono, wbrew życzeniom rodziców. Mamusia siedziała cichutko i potakiwała mężusiowi. Opuścili oddział trzaskając drzwiami. Po kilku dniach dowiedziałam się, że wpłynęła na MNIE skarga (odrzucona przez Dyrekcję jako nieuzasadniona, bo nie miałam dyżuru  w czasie przyjęcia pacjentki). Rodzice, wbrew faktom, uważali mnie za winną.

Po dwóch tygodniach dziewczyny usłyszały od  ciężarnej, że ostrzegano ją przed porodem w naszym szpitalu, podobno szczepi się dzieci bez zgody (informacja z forum  internetowego). Nie przyjmowałam kobiety, nie było wykonanych czynności bez zgody matki, a i tak obsmarowano moje nazwisko błotem. Bezkarnie. Przypuszczam, że tatuś nie chciał szczepienia, matka zapomniała lub nie zgadzała się z mężem, a potem ,,winą” obarczyła położne. To takie proste, krzyczały, zmusiły, a ona niewinna. A dlaczego moje nazwisko? Bo najkrótsze i pospolite z listy personelu wywieszonej na tablicy. Czy ktoś uwierzy personelowi czy płaczącej matce?