Straszne duchy

Opowiem historię, która wydarzyła się parę lat temu. Wtedy też tak było, padający deszcz tłukł się po szybach bloku, wiało i gwizdało w kanałach wentylacyjnych. Chociaż wszystkie drzwi i okna były zamknięte, to czuło się powiew zimnego powietrza w najmniej oczekiwanym momencie, nie wiadomo skąd. Nasz szpital wybudowano na obrzeżach miasta, otoczony zielenią graniczy z polami i pobliskimi górami. Nie było porodów i siedziałyśmy w dyżurce, nawet pacjentek na sali przedporodowej nie było. Dziwnie opuszczone sale, jak wymarłe. Jadłyśmy kanapki i zaczęła się rozmowa o pogodzie, że możne coś niedobrego przywlec, o nieszczęściu, losie i … duchach. Bo musicie wiedzieć,że moja Dorcia jest strasznie strachliwa, gdy mowa o zjawiskach paranormalnych,  nigdy nie ogląda horrorów, jak coś jest o wampirach to zasłania oczy, ogólnie boi się i już. Taki strachliwy typ. Ja mam  inną naturę, więc śmieję się z jej strasznych duchów.

Zaczęło się od stukania, puk, puk, odgłos cichutki, jakby ktoś pukał w szybę. Sprawdziłam okno, ale nic nie widziałam. A to znowu puk, puk. Dorota patrzy na mnie i obserwuje. ,,Dorcia ja cię nie straszę, słowo”. Wcześniej zdarzały mi się takie żarty, ale teraz to nie moja robota. Jak się pojawiło nagle tak przestało. Cisza. Siedzimy i nagle jak nie gruchnie coś, brzęk szyby i znów cisza. Wychodzę na korytarz i sprawdzam, sala po sali. Nic, żadnego szkła, przewróconego stolika,wszystko jak było. Wracam do dyżurki a moja koleżanka zgarnia z ławy kubek z herbatą, w drugiej ręce torebka, pod pachą dokumenty i księga raportów i tarabani się z tym na korytarz. ,,Dorota, co ty robisz?” ,,Nie zostanę tam ani chwili dłużej” – śmieję się z niej, ale też mi dziwnie nieprzyjemnie. ,,Musiało coś upaść i echo niesie, daj spokój, wracamy, będą się śmiać z nas na całym oddziale”. Rozsądek zwycięża, wchodzimy do dyżurki a tu puk, puk….Odwracam się do koleżanki, ale za mną nikogo nie ma. Oj, co się dzieje? Wyglądam na korytarz, na całej długości pusto. Dostałam gęsiej skórki. O matko, gdzie Dorcia? Kilka kroków zrobiłam dostojnie, ale potem to już biegłam, jak najszybciej. Coś porwało mi Dorcię! Dopadłam do dyżurki ginekologicznej, jakby mnie diabeł gonił. A tam moja Dorotka z całym majdanem siedzi na stołeczku i trzyma przed sobą książkę raportów jak tarczę. ,,Dlaczego uciekłaś i zostawiłaś mnie samą ?” nie wiem czy mam żal, że mnie zostawiła czy jestem zaskoczona, że jest taka szybka pomimo 54 lat, oponki i sporego biustu. ,, Kochana, nawet nie wiem jak się tu znalazłam, a co dopiero, że cię zostawiłam…ale ja tam nie wrócę” Dziewczyny ginekologiczne w śmiech, drwin i żarcików nie było końca.

Wszystkie poszły oglądać miejsce ,,zbrodni”, komisyjnie stwierdzono, że nic się nie dzieje, cicho i spokojnie na całym bloku. Dorota uprosiła, żeby chwilkę posiedziały, taka gwarancja zdrowego rozsądku. Usiadłyśmy wszystkie, dla uspokojenia emocji. Nagle puk, puk…Znów to samo. Ciarki mnie przeszły. Dorci już w dyżurce nie było. Zamilkłyśmy i wsłuchujemy się w to przeklęte puk, puk. ,,To od strony okna dochodzi….” Magda podchodzi do parapetu , cała grupa stoi za nią i zagląda ciekawie. Zdecydowanie otwiera skrzydło okienne, do pomieszczenia wpada podmuch wiatru niosąc za sobą coś miękkiego i dużego, spada to nam na głowy. Pisk, krzyk i tupot nóg, jedna przed drugą uciekałyśmy w popłochu, byle jak najdalej. Cała wystraszona grupa dopada do dyżurki na ginekologii. A tam Dorcia ciągle z całym majdanem, siedzi na stołeczku. Nie wiem, co nas bardziej śmieszyło: nasz bieg czy Dorcia z bagażem.

Po uspokojeniu emocji i zjedzeniu tabliczki czekolady (jak umierać to na słodko), poszłyśmy na blok. W dyżurce na podłodze leżał smętnie duży latawiec, zaplątany ogonem o rynnę, szarpany wiatrem, tłukł się o szybę okienną. Dziecięca zabawka a sprawiła tyle strachu. Ale od tej pory nigdy nie oglądamy na dyżurach filmów grozy. Oficjalnie robię to dla Dorci  ;-)