Zwykłe zmartwienia

Miałam pisać o pracy na oddziale, a nie o życiu prywatnym. ale to wszystko splata się i trudno oddzielić. Może powinnam przeprosić wszystkich, że w lipcu mało pisałam, ale czasami złe wiadomości tak przytłaczają, że nie można wykrzesać odrobiny siły na inne sprawy.Pracując w szpitalu wiem jakie kruche jest życie, jak jedna chwila zmienia wszystko.

Nasza koleżanka przeszła bardzo ciężką operację. Szczęście w nieszczęściu, że wszystko wydarzyło się w publicznym miejscu. Nie dziwcie się. Nikt w szpitalu czy przychodni, nie traktuje pielęgniarki i położne jak normalnych pacjentów. Skarżysz się na ból głowy, usłyszysz : to niech sobie pani weźmie tabletkę, za dużo kawy albo nerwów. Idziesz do przychodni, mówisz o takich objawach: proszę nie stawiać diagnozy, to ja skończyłam medycynę. Niby pracujesz z lekarzami, ale pomoc to można uzyskać tylko słowną, recepta lub skierowanie to marzenie. Dobra, trochę przesadzam. Uderzam się w pierś. Ale emocje biorą górę. Dziewczyna skarżyła się na bóle, leczyła się w przychodni, nikt nie zlecił dokładnych badań. Straciła przytomność na ulicy i dopiero wtedy solidnie ją zdiagnozowano. Potem już tylko natychmiastowy zabieg i wszystkie wierzymy, że się udało pokonać ,,drania”. W tej chwili pomyślałam, że takie rzeczy dzieją się nagminnie, pacjenci źle diagnozowani, lekceważeni, zakrzyczani i traktowani jak natręci. Pieniądz przesłonił wszystko. Dobro pacjenta to pusty frazes.

Kiedy rozpoczynałam pracę każda pacjentka przyjęta na oddział miała wykonane badania rutynowe: mocz, morfologię, RTG płuc (pracowałam na ginekologii), jeśli było trzeba to były konsultacje internistyczne, bo wysokie RR, lub chirurgiczne, bo coś boli w boku. Teraz nikt nie zleci nic ponad swoją ,,działkę”. Kiedyś wyłapywano białaczki, gruźlicę, nowotwory, przy okazji. Dziś trudno coś zdiagnozować. Wiem, że może to idealizowanie minionych czasów, ale dziś mam taki głupi nastrój.

Nie ma mądrych pomysłów na ochronę zdrowia, likwiduje się małe szpitale, oszczędza na wszystkim, kolejki do specjalistów, kolejki do zabiegów, brak pieniędzy na wszystko. Kiedy będzie lepiej? Dzisiaj, w szpitalu, usłyszałam rozmowę dwóch pacjentów. Narzekali, że słońce za mocno grzeje przez okno, że powinny być zamontowane rolety. Prawda. Ale szpital nigdy nie wyda pieniędzy na rolety, jeśli brakuje na leczenie. To po co taki szpital, który nie zapewnia porządnego standardu we wszystkim? Bo w takim szpitaliku leczą się okoliczni mieszkańcy, ludzie starsi, którzy całymi rodzinami są pacjentami danych oddziałów. Wielkie molochy przerażają ich, zbyt daleki dojazd zniechęca, a fakt, że nikt nie odwiedzałby ich codzienne, powoduje, że nie chcą, korzystać z dużych szpitali. Oczywiście nie wszyscy. Są pacjenci, którzy uznają, że tylko specjalistyczna diagnostyka może im pomóc na hemoroidy i zgagę. Ale takie jest życie.

Oj, jak ja dzisiaj marudzę! Dosyć tego. Trzeba znaleźć dobre strony. Koleżanka szczęśliwie dochodzi do zdrowia, może ktoś właśnie w tej chwili opracował plan reformy, trzeba mieć nadzieję .