Nocka w delegacji

Jak wiecie, pracuję w powiatowym małym szpitalu. Jeśli są niedobory kadrowe na innym oddziale, a u nas nie ma pacjentek, to jesteśmy oddelegowane do pomocy. Na ostatniej nocce nie miałyśmy pacjentek, a na noworodkach dziewczyna ,,wylądowała” na stole operacyjnym, więc zastąpiłam ją na dyżurze. Lubię to. Znam pracę i procedury, znam dziewczyny i z racji częstych kontaktów, przejście na noworodki jest raczej fajną odskocznią niż przykrym obowiązkiem.

To bardzo specyficzny oddział. Taki milusiński, różowe ściany, pokrowce z kaczorkami, kolorowe kocyki, nawet zapachy są jakieś ,,bobasowe”. Na oddziale przebywają dzieci z żółtaczką, do obserwacji, z infekcją. Czasami personel opiekuje się noworodkami czekającymi na transport do innego szpitala, dlatego maja bardzo dobrze wyposażona salę ,,R”. To noworodki urodzone w zamartwicy, z niską drastycznie masą urodzeniową lub z wadami, albo te, u których w wyniku infekcji wrodzonej doszło do niewydolności oddechowej.

Dorota mówi, że lecę tam z ochotą, bo mają kawę z mlekiem :lol:, ale to nieprawda. Prawie cała ekipa pija tylko herbatę i to zieloną. Takie prozdrowotne baby. Lubię te zastępstwa, bo to bardzo interesujący oddział, wymagający czujnej i stałej obserwacji, z miłym personelem.

Wchodzę do dyżurki , a one zdają sobie raport: tego musisz dokarmić po ,,beknięciu”, bo to taki niejadek i je na raty, ten śpi na boczku z wypiętą pupą, tamten ma sucha skórę i koniecznie oliwkować, a ten to taki pieszczoch……Gadają i gadają. Dzisiejszą nockę mam z położną, której dobrze nie znam. Pracuje na noworodkach od niedawna, jeszcze nie miałyśmy wspólnej akcji na bloku. Po wyjściu dziewczyn z dniówki, siadam i przeglądam zlecenia, są do wykonania szczepienia, mam kurs więc mogę to zrobić. Ale położna z noworodków przydziela mnie do komputera. Hola, nie będę tylko siedzieć i klikać, chcę normalnie pracować, zajmować się dziećmi. Po chwili rozmowy wszystko jasne:ona gotowa była wszystko robić sama , myślała, że nigdy tu nie pracowałam i bała się, że coś źle zrobię. Widzę jej przerażone oczy, więc uspokajam na wesoła. Ale dziewczyna nawet się nie uśmiechnie. To co usłyszałam zmroziło mnie.

,,Pracowałam w szpitalu w X. Też na noworodkach. Czasami było tylko kilku maluchów, więc pracowałyśmy pojedynczo. Gdy było dużo to przychodziły dziewczyny pracujące na zlecenie. To była nocka. Miałyśmy sporo roboty, więc każda zajmowała się swoją pracą. Ten noworodek był bardzo spokojny, matka nie mogła karmić, brała silne leki, był więc u nas. Gdy karmiłam go to widziałam, jak spokojnie mi się przygląda. Taki mały przystojniak. Uwijałyśmy się jak w ukropie, ale często pracowałyśmy tak, że nie widziałyśmy co druga robi. Dyżur minął, zdałam rano raport, nic złego się nie działo, pełny spokój. Poszłam do domu, wiesz: kąpiel, śniadanie, chwilę pogadałam z mężem i poszłam spać. Obudził mnie przerażony mąż, mam natychmiast przyjść do pracy, zmarło dziecko. To był ten aniołek. Biegłam do szpitala i czułam takie przerażenie, niepewność, coś strasznego. Na oddziale już na mnie czekały: oddziałowa i ordynatorka. Zaczęły mnie przesłuchiwać, dziecko zmarło około godziny po moim dyżurze, zanim zaczęłam coś mówić, już wiedziały swoje: albo się zachłysnęło i udusiło, albo może upadło mi ! Nikt właściwie mnie nie słuchał. Przesłuchano tamtą. Powiedziała, że tylko ja karmiłam noworodka. Dziewczyny nie chciały mnie nawet wysłuchać, szefowa kazała mi natychmiast ,,zejść jej z oczu”, oddziałowa kazała mi,,czekać w domu na prokuratora”. Do domu wracałam jak w gorączce, mąż nie mógł mnie uspokoić, płakałam i ciągle analizowałam dyżur. Modliłam się za aniołka i jego matkę. Nie wiedziałam co teraz będzie, dlaczego to się stało. Wiedziałam, że nic złego nie zrobiłam. Zadzwonili ze szpitala, dali mi tydzień urlopu. Siedziałam i płakałam. Gdybym spotkała się z matką dziecka i ona by mnie oskarżyła, to chyba bym odebrała sobie życie. To był koszmar.

Po sekcji zwłok okazało się, że dziecko zmarło z przyczyn wady wrodzonej, niezwykle rzadkiej, nie dającej wyraźnych objawów. Mogło umrzeć przy porodzie, albo po kilku dniach już w domu. W tej śmierci nie było niczyjej winy. Przez miesiące dochodziłam do siebie. Na cmentarzu spotkałam matkę, obie płakałyśmy i to ona powiedziała mi: ,, to nie pani wina, tak musiało być”. Wróciłam do pracy, ale nie mogłam tam pracować. Pamięć krzywdy i prawie linczu przytłaczała mnie. Odeszłam. Nie dziw się, że nikomu nie ufam. To zostaje….”

Pracowałam z nią całą noc, to wspaniały pracownik, tuliła te swoje ,,księżniczki” i ,,książątka”, pilnowała wszystkiego, pełne zaangażowanie. Jak łatwo przyszło niektórym osądzić i potępić niewinnego człowieka, przerażające.