Trudny dyżur

Jak tylko zaczynałam dyżur wiedziałam, że coś złego się stanie. Już przy raporcie dziewczyny zaczęły narzekać, że dniówka ciężka, szef marudził o dokumenty, oddziałowa dała grafik i znów są zmiany w dyżurach. Okazało się, że dostajemy stażystkę i mamy ją prowadzić, tylko nikt nie pytał nas o zgodę. Prowadzenie młodej to utrapienie i odpowiedzialność. Uczysz, kontrolujesz i pokazujesz, czyli dwa razy więcej roboty. Nikt nie lubi narzuconych obowiązków. Wszystkie byłyśmy podenerwowane, coś wisiało w powietrzu.

Dziewczyny wyszły, a my z Dorcia zaczęłyśmy omawiać ,,nasze” problemy. Wiadomo, narzekamy i dyskutujemy, wtedy zadzwonił telefon. Odebrałam  i już w pierwszych słowach poczułam niepokój. kobieta powiedziała, że jest w 38 tygodniu ciąży i od kilku godzin nie czuje ruchów płodu, czy może przyjechać do szpitala na badanie. Powiedziałam, żeby natychmiast przyjechała, nie brała żadnych rzeczy , bo szkoda na czasu na pakowanie. Zdziwiona Dorota pokręciła głową,, nie ma potrzeby straszyć kobietę, dziecko może śpi, a ty robisz zamieszanie”. Dotarło do mnie, ze przez moje nerwy mogę zaniepokoić i wystraszyć ciężarną. Ale słowo się rzekło. Po około 10 minutach ciężarna już była na izbie. Mieszkała blisko szpitala. Dwudziestoparoletnia, opanowana kobietka. W pierwszym momencie pomyślałam, jak otwierałam drzwi, że strzeliłam gafę z tym pośpiechem. Ale po podłączeniu KTG skóra mi ścierpła. Brak tętna płodu. Całkowity brak tętna. Dziecko było martwe. Lekarz wezwany do gabinetu potwierdził to badaniem USG i próbował powiedzieć o śmierci dziecka, ale kobieta nie przyjmowała tragicznej wiadomości. Zaczęła krzyczeć, żebyśmy ratowali jej dziecko. A my już nic nie możemy, to koniec. Rozegrały się dantejskie sceny: do gabinetu wtargnął partner, krzyczał, zaczął szarpać lekarza, dziewczyna szlochała, uklękła przy kozetce i odpychała od siebie Dorotę, która próbowała ją podnieść z podłogi . Rozpacz, rozpacz. Zaniepokojone krzykiem i płaczem, przybiegły dziewczyny z ginekologii i patologii ciąży. Pomogły Dorocie podnieść pacjentkę, ja tymczasem pobiegłam po leki uspakajające. Rodzinna tragedia cieniem położyła się na całym dyżurze. Umieszczono pacjentkę w osobnej sali, towarzyszył jej partner. Zlecenia wykonały dziewczyny z patologii, rano jeśli pacjentka będzie w dobrym stanie psychicznym, przygotowania pójdą dalej.

Pytałam lekarza dlaczego dzieciątko zmarło. Usłyszałam:,, pech, węzeł prawdziwy na pępowinie, gdyby wcześniej, kilka godzin wcześniej…może byłaby szansa”. Rano , jak schodziłam z dyżuru spotkałam partnera tej kobiety. Spojrzał na mnie z nienawiścią i powiedział:,,wszystko przez was”. Nie miałam żalu, w takim nieszczęściu mówi się różne rzeczy.