Moje dylematy

Mam problem i nie wiem jak postąpić. Dorota pojechała nad morze wchłaniać jod i na okres jej urlopu dołączyła, do mojej zmiany, młoda położna – pracownik etatowy. Teoretycznie nic mi do jej pracy, powinnam siedzieć cicho i zająć się własną pracą, ale…No, właśnie: ale!

Zaczęło się od drobnej sprawy: bardzo nieładnie oceniła zachowanie pacjentki, wypowiedziała to takim tonem, okrutnym i bez odrobiny szacunku dla człowieka, który cierpi. W ustach młodej dziewczyny, która nie rodziła, to było bezduszne. Mąż mówi, że nie powinnam się przejmować, ale nie mogę o tym zapomnieć. Zauważyłam, że odzywa się do pacjentek w drugiej osobie ,,zabierz, posuń, powiedz”. Wiem, że często są to kobiety w jej wieku, ale to jest nie do przyjęcia, żeby ,,tykać” rodzącą. Trochę żartem zwróciłam jej uwagę, wzruszyła tylko ramionami.

Podczas pracy na oddziale neonatologicznym nauczyłam się, że stan noworodka może się zmienić z minuty na minutę, trzeba bacznie obserwować i mieć rękę na pulsie. Każdy odgłos wydawany przez dziecko ma swoją ,,wymowę”, czasami jest to ostrzeżenie ,,zobacz, coś się ze mną dzieje”. Musisz pilnować dziecka, chociaż jest z matką. Dziewczyna nie ma tego nawyku, pytam, czy zaglądała do noworodka. Słyszę: ,,zaraz…”

I co tu robić? Zwracać ciągle uwagę? Wyjdę na czepialską i przemądrzałą, niekoleżeńską i ogólnie jędzę. Udawać, że nie widzę ? Jeśli nabierze takich złych nawyków może być tragedia. Pal diabli ją, ale chodzi o matkę i dziecko! Jak poruszam w dyżurce, przy herbacie, temat obserwacji noworodka i związane z tym nagłe stany, słyszę ciągle:,,wiem”. I nic się nie zmienia. Zgłosić to oddziałowej? Według niektórych będę donosicielem, a w niej będę miała wroga do grobowej deski. Może to tylko początek i z czasem wszystko będzie ok, ale jeśli nie?

Mąż twierdzi, ze ona odpowiada za swoja pracę. To prawda, ale konsekwencje złego poniesie też pacjentka i dziecko. Tak to jest w położnictwie. To nie fabryka, że można odrzucić wybrakowane sztuki na przemiał. Jak ja zaczynałam swoja prace zawodową to nikt nie przejmował się, czy wiem co mam robić na oddziale. Jeśli czegoś nie wiedziałam to od razu pytałam, a gdy byłam sama na zmianie, nosiłam w torbie podręczniki i wertowałam je w razie wątpliwości, od początku odpowiadałam za swoja pracę i miałam tego świadomość. Myślicie, że ,,stare” położne chętnie przekazywały swoje doświadczenie? Po pierwsze wspólne dyżury trwały bardzo krótko. Po dwóch tygodniach ,,ochronki” samodzielnie dyżurowałam na zmiany. Tak było w przypadku wszystkich koleżanek. Po drugie: to była ich wiedza i nie musiały dzielić się tym. Po trzecie młode położne miały szacunek do starszych pracowników i ludzi. Nigdy, nawet do nieprzytomnej pacjentki nie zwracałam się lekceważąco, na ginekologii zdarzały się kobiety wiekowe z demencja starczą, niespokojne i agresywne, mogłam ,,marudzić” sobie w domu, przy mężu. Ale w pacjentce widziałam siostrę , mamę i babcię.

Czy ona zobaczy w rodzącej człowieka?