,,Uczynny” tatuś

Wiecie jak można zagmatwać prosta sprawę? Wystarczy jeden gość, który czepi się jednej sprawy plus nieufność i mamy gotowy projekt ,, Wykryję nieprawidłowości i zaniedbania”. Ale od początku…..

Przy przyjęciu na blok porodowy pobiera się od pacjentek zgody, dotyczą one rożnych zabiegów, w tym pobrania krwi u noworodka. Musze wytłumaczyć przyszłej matce na co wyraża swoją zgodę, więc mówię o wszystkich badaniach, które mogą być konieczne lub są rutynowe. Jednym z tych powszechnych jest diagnostyka u noworodka w kierunku wrodzonych wad metabolizmu i zaburzeń endokrynologicznych. Dotyczy trzech chorób: fenyloketonurii, mukowiscydozy i hipotyreozy.

Pacjentka zgłosiła się do porodu w początkowej fazie porodu, skurcze słabe, rozwarcie szyjki macicy na jeden cm. Towarzyszył jej mąż, planowany był poród rodzinny. Facet był bardzo aktywny, komentował każdy skurcz, czytał i omawiał każdy karteluszek zgody, chociaż żona już wyraziła swoje zdanie. Po kilka razy pytał o możliwość np: natychmiastowego zabiegu cesarskiego cięcia albo czy można dziecko przewieźć do innego szpitala. Kobietka zaczęła się denerwować i czułam, że szanowny małżonek nie będzie pomocny w trudnych sytuacjach, wręcz przeciwnie, może tylko niepokoić rodzącą. Próbowałam opanować ,,zaangażowanego” tatusia i uspokoić zdenerwowaną i coraz bardziej wystraszoną mamusię. Tłumaczyłam wszystko w sposób prosty i konkretny. Ale otworzyłam puszkę Pandory. Przy zgodzie na pobranie krwi u noworodka, omówiłam badania przesiewowe. Że dotyczy wszystkich noworodków i pobierane są po ukończeniu 48 godzin od narodzin, na bibułkę, że tylko rodzice chorych dzieci otrzymują informacje o wynikach. W ławicy wszystkiego co mówiłam o pobraniu krwi, tatuś złowił tylko badania przesiewowe.Pytał po kilka razy. Po przyjęciu w izbie przyjęć i badaniu, zaprowadziłam pacjentkę do pokoju rodzinnego.

Po godzinie pacjentka spytała mnie, kiedy dostanie tę bibułkę, bo mąż uczulił ją, że musi pilnować tego. Jeszcze raz wytłumaczyłam na spokojnie o co chodzi z tymi badaniami i dokładnie kiedy to będzie. Widziałam, że odetchnęła z ulgą, bała się jakiegoś przeoczenia i niedbałości. Pomyślałam, że może będzie lepiej jak w obecności męża jeszcze raz powiem o każdej procedurze dotyczącej noworodka. Poszłam na salę i tłumaczę: dlaczego była potrzebna zgoda na szczepienia (bez pytań), na podanie witaminy K (bez pytań), na pobranie krwi do badań – puszka otwarta ! Zaczęła się lawina pytań, chwilami bardzo dziwnych.  Po co mi to było! Trzeba było nie wsadzać kija w mrowisko, przecież na tej słynnej bibułce matka drugi raz wyraża zgodę na badanie na położnictwie, niechby położne z oddziału tłumaczyły całą procedurę, ale dobrze mówią, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Tatuś (nie matka!) przepytał mnie z całego programu badań przesiewowych, ale interesowała go tylko forma kontroli, czyli w którym momencie może dojść do zaniedbań i kiedy on może być ,,pomocny”. Tragedia! Tłumaczenie, że system i kody kreskowe z potrójnymi etykietami  gwarantują pełną kontrolę, nie przekonywały. Dałam spokój i wycofałam się z sali, jak ktoś chce uderzyć to kij znajdzie.

Po kilku godzinach obserwacji, zauważyłam, że pacjentka jest coraz bardziej zestresowana. Zagajenie rozmowy spełzało na niczym, ale widziałam, że rodząca jest coraz bardziej nieufna. Zakończyłam dyżur i przekazałam rodzącą koleżance. Nie wiem kiedy urodziła, mam parę dni wolnego, ale wiem, że brak zaufania potęgował stres u rodzącej. niepotrzebnie. Ta nieufność to wynik działań tatusia.