,,Ciężkie” dziecko

Jeden poród i można mieć taki zapiernicz, że nie wiesz jak się nazywasz. Wiecie, że zajmuję się dzieckiem. Zawsze, przy porodzie jestem przygotowana na kłopoty. Bo, niestety, z noworodkiem może być różnie. Poród może przebiegać prawidłowo, ale to nie znaczy, że nie wystąpią zaburzenia do życia pozamacicznego z powodu np wrodzonej infekcji czy zaburzeń adaptacji układu oddechowego. Dlatego nie ma rutyny na bloku porodowym, bo medycyna uczy pokory.

Tak było tym razem. Zwykły poród, matka wieloródka, zdrowa, ciąża prawidłowa. Totalna fizjologia. Urodziło się śliczne dziewczę, żywotne i krzyczące. Tony serca głośne i regularne. Pełnia szczęścia. Dziecko ląduje na brzuszku matki, okryte cieplutko. Stoję i pilnuję, przytrzymuję dziecko dla bezpieczeństwa i obserwuję. Noworodek bardzo szybko uspokoił się, przestał płakać, ale to normalne. Dzieci czują ciepło, bicie serca mamy, tak reagują. Tylko, że mój zaczął dziwnie ,,mruczeć”, niby nic wielkiego, takie ,,drobniutkie” zaburzenia oddechowe mogą nic nie znaczyć, ale może też to być sygnał początku zaburzeń. Incydent, ale wymaga stałej i dokładnej obserwacji. Zabieram malucha na stanowisko resuscytacyjne, pulsoksymetr podłączony, zabezpieczam noworodka i obserwuję oddech. Saturacja jest ok, nie porywa, ale nie jest zła. Dorota tymczasem dzwoni na noworodki, niech zabierają malucha. Z miejsca, gdzie stoję, widzę niewyraźną minę Dorci. Po chwili słyszę:,, musisz sobie radzić sama, mają reanimację, i dopóki nie opanują dziecka, lekarz nie przyjdzie, jakby co to masz dzwonić po anestezjologa do intubacji”. O cholera. Dzięki Bogu mamy tylko lekkie zaburzenia saturacji, możemy parę minut poczekać na lekarza. Cały czas monitor pika, saturacja, czyli wysycenie krwi tlenem, jest na bezpiecznym poziomie, zakładam dostęp naczyniowy i pobieram krew na rutynowe badania. Co prawda nie mam zleceń, ale nie raz była taka sytuacja, więc robię wszystko, żeby nie tracić czasu. Zanim przyjdzie lekarz będzie miał wyniki i lepszą możliwość diagnozy. Tymczasem zauważam,że maluch zaczyna postękiwać, saturacja spada. Dzwonię na oddział do neonatologa, muszę mieć decyzję czy podać tlen, po chwili odbiera położna, doktor idzie już do nas.

Po sekundzie wpada neonatolog, słucha relacji i już bada malucha, ja tymczasem przynoszę wyniki badania krwi. Podejrzenie infekcji, możliwe wrodzone zapalenie płuc. Musimy wykonać RTG płuc, jeśli będą zmiany to przekazujemy do szpitala specjalistycznego, tak będzie bezpieczniej. Doktor tłumaczy matce co się dzieje, dlaczego maluch może być transportowany. Biedna kobietka płacze z przerażenia. Nie mam czasu tłumaczyć jej wszystkiego, bo najważniejsze jest dziecko. Dorota opiekuje się matką i ona musi uspokoić pacjentkę. Szykujemy transport, zdjęcie płuc, dodatkowe badania, dokumentacja, jednocześnie cały czas obserwuję malucha, stan  nieznacznie, ale pogarsza się. Lekarz decyduje o wspomaganiu oddechu. Czekamy na karetkę ,,N”. Mamy wszystko przygotowane, uzyskany jest stabilny stan dziecka, tylko tej karetki nie ma. Lekarz próbuje się dowiedzieć, dlaczego to tak długo trwa, ale zespół już dawno wyjechał do nas. Mija godzina od zgłoszenia. Siedzimy jak na szpilkach, ale słyszymy już sygnał karetki, Dorota biegnie zabezpieczyć windę dla zespołu ,,N”. Po chwili są już na bloku. Przekazujemy dziecko, mama żegna maluszka na wózku siedzącym, prosi, żeby zabrać maskotkę. Smutny widok. Karetka odjeżdża z naszym dzieckiem. Czuję ulgę, ale i ciężko mi na sercu. Opada napięcie, pytam naszego doktora, dlaczego przyjechali tak późno, powód jest prozaiczny: był wypadek na ich trasie i musieli jechać objazdem.Wszystko pod górkę.

* 29.11.2013 Noworodek urodził się z wrodzonym zapaleniem płuc i przejściowymi zaburzeniami układu oddechowego, po leczeniu w oddziale patologii noworodka uzyskano poprawę stanu – nadal jest hospitalizowany.