Listy

Na pocztę mailową przychodzą rożne listy: zapytania, miłe wiadomości lub mądre przemyślenia. Każdy list jest ważny i osobisty, ale są też listy, które są wyjątkowe. Bo są życiowo mądre. Taki list opublikuję, oczywiście za zgodą nadawcy. Napisała do mnie pani Paulina:

,,Witam serdecznie.

Jestem świeżo upieczoną mamą po raz drugi. Przypadkiem natrafiłam na Pani blog i jestem nim zauroczona.
Po pierwsze. Ukończyłam filologię polską i jestem nieco przewrażliwiona na punkcie czystości języka. Pani blog jest jednym z niewielu, przy których lekturze mogę się wyłączyć. Gratuluję staranności pisania, nie tylko stylistyki, ale też ortografii, układu wpisu. Sama przyjemność dla styranego internetową papką umysłu. Brawo!
Po drugie. Pani wpisy są niezwykle zwięzłe i treściwe. Przez dwie ciąże stykałam się bardziej z notatkami straszącymi tym czy tamtym, u Pani nawet straszne dla ciężarnych rzeczy opisane są jako coś, co należy zaakceptować, z czym trzeba się pogodzić, być pokornym.
Po trzecie – na marginesie, ale to dla mnie ważne, myślę, że również z korzyścią dla czytelniczego i położnych. Nie popisałam się w trakcie pierwszego porodu. Mając 3 cm rozwarcia darłam się co sił w płucach, oburzałam się, że położne zamiast trzymać mnie za rączkę rozmawiają o obiadkach dla mężów. Byłam bardzo trudną rodzącą, co najmniej irytującą. Do pionu postawiła mnie pielęgniarka już w sali poporodowej. Pamiętam jak dziś, choć minęło 5 lat: „Dziewczyno, ty się ogarnij! Dziecko całe życie będzie przy Tobie, za chwilę wyjdziesz ze szpitala i nikt nie będzie cały czas się nad Tobą rozczulał. Musisz wstać, zająć się swoim dzieckiem i być mamą.” Mówiła jak do gówniary, choć miałam 24 lata, ale miała rację. Naczytałam się o jakiś europejskich standardach, ogłupiona gazetkami dla ciężarnych, a przecież nie przyjechałam do SPA, tylko na porodówkę. Gazetek dla mam i forumowych opowieści nie tknęłam do dziś.
2 tygodnie temu, rodząc córkę, zawzięłam się, będzie to poród idealny. Jak mantrę trenowałam zmianę nastawienia. Że kobiety rodzą od tysięcy lat i każdą boli, nie tylko mnie. Że personel wie co robić, muszę zaufać bez granic, bo bez nich sobie nie poradzę. Że mam słuchać instynktu i swojego ciała. Że mam jak księdza na kazaniu słuchać położnej, wykonywać skrupulatnie jej polecenia. Że mam się z położną komunikować, mówić, co czuję, gdzie boli, że idzie skurcz. Nawet to, że po podaniu „gazu rozweselającego” zakręciło mi się w głowie. Końcowy efekt przerósł moje oczekiwania. Pierwsza faza – godzina z hakiem, poród – 7 minut.
Kilka godzin później przyszła do mnie położna, z która rodziłam. Wytłumaczyła, że mogą być komplikacje, bo nacięcie było kiepskie, tak na bardzo „szybko” i mogą być problemy z gojeniem. Spokojnie porozmawiałyśmy też o moim porodzie. Powiedziała, że dzięki temu, że mówiłam jej wszystko co się dzieje, ona mogła się skupić na swojej pracy, a nie domyślać się, co się dzieje z rodzącą. Nie krzyczałam, nie panikowałam. Jak położna mówiła, ze to normalne – przyjmowałam jako normalne. Wzorcowa współpraca. Określam to tak nie żeby się pochwalić, ale podpowiedzieć Pani być moje temat na wpis.
Tego słuchania i pokory nie  uczą w szkołach rodzenia. Szkoła mnie nastawiła roszczeniowo, jakby mój pobyt na porodówce był wyróżnieniem dla personelu, a przecież to bzdura. Być może dobrze byłoby moją filozofię porodu przekazać czytelniczkom: Zaufać położnej i słuchać jej jak Boga, bo niejeden poród widziała i  zna się na rzeczy. Może dzięki temu będzie coraz mniej takich pacjentek, przy których Pani koleżanka przewraca oczami, a i korzyść dla rodzącej wielka.”
Moje kochane, dla takich przemyśleń jest ten blog. Dziękuję, strasznie się wzruszyłam, dziękuję…