Jak się robi cuda

Jak staje do cięcia cesarskiego lubię obserwować operatorów. Czekam na swoją kolejkę i jestem widzem, słucham żartów lub ciszy pełnej napięcia, widzę jak nacinają powłoki, uwidaczniają mięsień macicy, nacięcie i wspaniały moment wydobycia noworodka. Czas jest bardzo krótki, ale czuję wtedy emocje, jakbym czekała na niespodziankę, prezent, który z opakowania wyłuskują operatorzy. Niekiedy są to chwile takiego napięcia, że wydaje mi się, że czas stanął w miejscu. To wtedy, gdy są trudności z wydobyciem. Mam wtedy taką dawkę stresu, że nie widzę nic, tylko rękę operatora włożoną do macicy i próbującego wyciągnąć dziecko. Koszmar.

Dostałam telefonicznie informację, że zgłosiła się pacjentka z odpływającymi wodami płodowymi. Z początku rozmowy nie włączyła mi się czerwona lampka, często wody płodowe odchodzą przedwcześnie, ale im dłużej słuchałam to zaczęły mi się jeżyć włosy na głowie. Matka przez cały okres ciąży ani razu nie trafiła do lekarza, nie wie kiedy była ostatnia miesiączka , dziecko bardzo, bardzo małe, wód płodowych w obrazie badania USG prawie nie ma, bo odchodzą od kilku dni a dokładnie od pięciu, matka pali papierosy, wychudzona, nie ma czasu na odesłanie pacjentki, bo tętno dziecka ,,siada”, będzie pilne cięcie. Jestem w tym stresie szczęśliwa, że dyżur ma Dorota. Razem damy radę.

Zabieg.Stoję na sali cięć i patrzę jak operator siłuje się z wydobyciem dziecka na obkurczonej macicy, drugi lekarz z wszystkich sił pomaga, sekundy ciągną się jak godziny, słyszę nerwowe szepty lekarzy:,,naciśnij, jeszcze trochę, czekaj, nie mogę wcisnąć ręki…”. Patrzę na Dorcię, a ta kręci głową. No, wiem, że nie jest dobrze , nie musi mi podnosić ciśnienia. Patrzę na zegar, ale nie widzę wskazówek, to ze stresu i napięcia. Ciągle nie można wydobyć dziecka.Nagle słyszę :,,mamy go…” i ciche kwilenie. Wydobyte dziecko jest malutkie i chude, taki patyczak z wielką głową, ale żyje i to jest piękne. Oddech malucha nieregularny , napięcie liche, ale stan szybko poprawia się i nie ma już lęku czy przeżyje. Dziecko na przekór wszystkiemu ma się nieźle, szkoda tylko, że start w życie był taki obciążony.

Na główce dziecka niewielkie sine ślady od manipulacji operatora. To ślady po ucisku palców położnika. Dla kogoś innego to siniaki, a dla mnie to ślady walki o życie malucha, emocjonalnego zaangażowania i świadectwo jak ciężki był zabieg.

Po godzinie na oddział neonatologiczny zagląda lekarz, który robił zabieg. ,,I jak z dzieciakiem?”,, Ok, jest dobrze doktorze”,, Cholera, nie można było wydobyć, bo macica się obkurczyła,cud, że żyje…”. Tak, cud, a my mamy w tym mały udział :-P