Zwykły dyżur

Mamy dzieci, dużo. Wszystkie sale zapełnione. Przyjeżdżają do nas z wyboru, wiele kilometrów. Fajnie.

Mam na oddziale kilkoro dzieci szczególnej opieki. Trzech cesarzy, w tym jedną cesarzową (dzieci matek po cięciu cesarskim ), dwoje z infekcja wrodzoną, które wymagają antybiotykoterapii. Cesarze na jednej sali , infekcje na drugiej. Jak się zaczyna płacz ( to dziwne), ale tylko grupowo. Albo cesarze, albo infekcje. Śmieszne, jakby się umówili, że działają razem, a nie indywidualnie. Każde dziecko jest inne. Mam takie , które lubi być cieplutko zawinięte, drugiemu za gorąco, jedno kocha ssać, a następne to czeka, aż samo coś spłynie do dziobka. Zanim ogarnę taką gromadkę to mija trochę czasu, przewijanie, ważenie, toalety pępka, nosków, oczy. Potem godzinowe leki, dokumentacja i znów przewijanie,  karmienie, i tak w do końca dyżuru. Wszystkie mamy chcą karmić piersią i świetnie sobie radzą. Wiadomo, muszę troszeczkę pokombinować, żeby nasz niejadek uchwycił pierś i chociaż kilka razy porządnie possał. Było wszystko : zmiana pozycji  i techniki karmienia, zachęta kropelkami mleka, masaż ciałka, wietrzenie sali, kontakt ,,skóra do skóry”, relaksacja mamy (ze zmartwienia to łzy płynęły jak grochy). Godzina za godziną  a on swoje, poliże i śpi, brzuch puściutki, a ten ani myśli jeść. Dopiero po kilku godzinach walki włączyło mu się ssanie. Mama ze strachu, żeby nie przerwać maluchowi, gestami pokazywała mi co chciała powiedzieć. A ja ,,migałam” w odpowiedzi, ale cel został osiągnięty. Koniec dyżuru to sukces laktacyjny u niejadka, za to druga mama zgłaszała mi, że mały cały czas ssie i nie wypuszcza piersi. Oj, jak to natura niesprawiedliwie urządziła.

Antybiotyk podajemy godzinowo, dokładnie rozmierzone dawki leku  za pomocą pompy infuzyjnej. Trzeba bardzo pilnować w trakcie wlewu, aby nie poszło poza żyłę, żeby nie doszło do wyrwania neoflonu ( to taka kaniula noworodkowa – cieniutka i krótka). Drożny i ,,zdrowy” dostęp naczyniowy to skarb. Założenie w jedna osobę wkłucia noworodkowi to czasami nie lada wyczyn, żyłek prawie nie widać, masz tylko dwie ręce, a tu trzeba trzymać rączkę , wkłuć się, wyciągnąć mandryn, sprawdzić drożność solą fizjologiczną i jeszcze okleić i zabezpieczyć. U dorosłego to pikuś, u noworodka i wcześniaka to dopiero sztuka. Czasami jak zakładam neoflon to gadam do dziecka i obiecuję złote góry, byleby nie szarpał rączka. Ale nie zawsze się to sprawdza. Teoretycznie mogę wezwać koleżankę na pomoc, ale to tylko teoria. Ja już przywykłam do tego, że to moja i tylko moja działka.

Bo, wiecie, jestem ,,noworodkiem” na całego ! ;-)