Niedzielne dzieci

Dyżury w dni świąteczne są troszkę inne niż zwykłe. Wiadomo, swoje trzeba zrobić, toalety, przygotowanie do wizyty lekarskiej, wykonanie zleceń, ale ogólnie jest spokojniej i co nie oznacza, że mniej pracowicie.

Kiedy przyszłam na dniówkę, wiedziałam, że nie ma dużo dzieci. Ostatnio miałam maraton w dyżurach, prawie mieszkałam w szpitalu. Więc wiedziałam czego się spodziewać na oddziale. W dyżurce na biurku porozkładane dokumenty, bieżące historie, dokumenty do kontroli prowadzonej przez ministerstwo, raporty z zeszłego roku. ,,Matko kochana, a to co?” . ,,Oddziałowa przygotowała dokumenty do kontroli, będą sprawdzać u nas tylko jedną historię”. ,,Oj, to nie jest źle, w ciągu pół roku tylko jeden noworodek urodzony na 1 pkt, nie mamy złych statystyk”. ,,No, właściwie tak, masz rację”. Dziewczyny wychodzą, a my zaczynamy zwykłe czynności, jak na każdej dniówce. Mam na dyżurze koleżankę  i już jest wesoło Za oknem słońce i tak jakoś wiosennie. Spokój.

Pierwszy telefon dotyczył pilnego cięcia. Podejrzenie odklejania się łożyska, matka zgłosiła się przed chwileczką, wszyscy w pełnym pośpiechu szykują się do zabiegu. Biegiem ubieram się, a koleżanka przygotowuje stanowisko, spoglądam na matkę, która trzęsie się jak osika. Anestezjologiczna uspokaja ją, ale kobietka jest tak przerażona, że nic nie słyszy. Wierzę, że się boi. Na sali cięć wszystko już przygotowane. Pacjentka na stole. Znieczulona. Zaczyna się zabieg. Moment nacięcia macicy stawia mi włosy na głowie, chlupnęły wody płodowe z krwią. Operator próbuje wydobyć dziecko, ale ma trudności. Nie obchodzi mnie dlaczego, modlę się żeby już wydobył, jestem zła i zaniepokojona, szybciej, szybciej. Mija sekunda, następna. Wreszcie wydobycie. Dziecko jest cholernie drobniutkie, ale słychać kwilenie i to jest najważniejsze. Kiedy dostaję malucha do chusty jestem prawie spokojna. Na stanowisku wycieram drobne ciałko z krwi, słabe napięcie mięśniowe, ale oddech w porządku. Niestety noworodek ma zdeformowaną rączkę, drobniejsza i krótsze paluszki, jego klatka piersiowa jest szeroka i wydłużona, zwracają uwagę też nisko osadzone małżowiny uszne. Biedny maluch. Przewozimy go na oddział, stan ogólny nie jest zły, ale konieczna jest obserwacja. Umieszczamy go w otwartym inkubatorze, monitorujemy pulsoksymetrycznie. Pobieram krew do badań, próbuję założyć wkłucie dożylne, ale prawie nie widzę żył, wreszcie trafiam na porządną żyłkę. Jeszcze bieg do laboratorium i prawie wszystko zabezpieczone. Może jutro lub pojutrze dziecko zostanie przekazane do dalszej diagnostyki, ale na razie my się nim zaopiekujemy. Dziękuję Bogu, że byłyśmy we dwie.

Powoli opadają emocje. Sprzątamy salę i gadamy, o dziecku, jego przyszłości. I znów telefon. Zgłosiła się szesnastolatka, z pełnym rozwarciem. Róża patrzy na mnie i mówi, że nieszczęścia chodzą parami. Nie mam czasu się z nią kłócić na temat słuszności ludowych powiedzonek, bo biegnę na blok.

Z daleka słyszę wrzaski, przekleństwa i zwierzęce wycie. Dziewczyna szarpie się z położną i podskakuje na łóżku porodowym. Lecą wulgaryzmy, szykuję stanowisko i próbuję nie reagować na wrzask. Ten poród to jedna wielka porażka. Dziewczyna warunki fizyczne ma świetne, dziecko prze się samo, a ta wyczynia dzikie harce. Koleżanka próbuje coś do niej mówić, ale dostaje po głowie, lekarz w tym czasie trzyma za nogi, bo już wytoczyło się pół główki. Pomagam jak mogę, ale mówiąc szczerze boję się wierzgających nóg. Koleżanka, przy pomocy lekarza przyjmuje dziecko, nachylam się aby udrożnić drogi oddechowe, ale pacjentka odpycha mnie i szarpie. Mam jej już serdecznie dosyć. Dziecko jest w bardzo dobrym stanie, żywotne, może nie dorodne, ale zdrowe i silne. Matka troszeczkę się uspokaja i nareszcie słyszymy własne myśli. Zabezpieczam dziecko i wracam na oddział.Jestem zmęczona, brudna i marzy mi się chwila spokoju. Opowiadam Róży o przeprawie na bloku. Tak to jest jak dzieci rodzą dzieci.