Salowe

Jeśli ktoś powie złe słowo na salową to będę pierwsza, która stania w jej obronie. To prawda, że panie salowe nie zawsze zajmują się tylko swoja pracą, że czasami za żadne skarby nie możesz je znaleźć, gdy podłoga zalana jest krwią, że wiedzą wszystko najlepiej, ale wiem też, że staną do pomocy w każdej sytuacji.

Przez lata pracy poznałam wiele kobiet, które pracowały jako salowe. Dobra salowa to pracownik cenny dla każdego oddziału. Na noworodkach ważna jest pedantyczna wprost czystość i rzetelność, na bloku porodowym to dodatkowa para rąk, pomoże przenieść pacjentkę, poda, gdy ty masz jałowe rękawiczki a zapomniałaś o czymś, przyniesie pilne wyniki, zadzwoni po lekarza lub położną. Na izbie to pomoc w transporcie pacjenta i innych sytuacjach, gdzie potrzebna jest druga para rąk. Tak, wiem, że panie salowe są tylko od porządków, ale tak jest, że gdy trzeba stają się pomocnikami, bo tego wymaga chwila.

Na jednym z oddziałów pracowała salowa Helenka, duża kobietka, pyskata i ganiająca każdego, kto łaził jej po świeżo umytej podłodze. Szpital traktowała jak swój dom, rządziła w kuchni oddziału jak we własnej. Nawet oddziałowa nie lubiła wojować z Helenką, bo chociaż salowa potakiwała to jednak nigdy nie robiła to co kazała oddziałowa i autorytet zwierzchnika szedł na psy. Jak był upał to Helenka chodziła po południu na boso! Zgroza dla każdej pielęgniarki epidemiologicznej, ile razy krzyczałyśmy na nią, że tak nie można, że to wbrew zasadom. Helenka machała potakująco głową, a potem mówiła, że podłoga czysta, bo sama ją myła i dalej łaziła na boso. Utrapienie z kobietą, ale uczciwie mówiąc, to było jedna z najlepszych salowych jakie znałam. Bardzo gospodarna, rzetelna i pomocna, bardzo serdeczna do pacjentek, które traktowała jak córki, dla ciężko chorych miała czas na rozmowę, ciepłe słowo. Stroiła świetlicę w kwiaty i zawsze ubierała choinkę, żeby ,,czuć” święta. Pamiętam, jak kiedyś w maju przyniosła naręcza bzu, białe, fioletowe i liliowe kiście kwiatów, cudownie pachniały. Poustawiała w wazonikach na korytarzu, w świetlicy i przy łóżkach ciężko chorych kobiet. Cały oddział pachniał bzem.

Podziwiałam bukiety i zastanawiałam się, skąd Helenka wzięła tyle gałązek bzu, musiała ogołocić całe krzaki. ,,Pani Helenko, nie szkoda było ścinać tyle gałązek?” ,,Mnie? Nie, nie szkoda, a czy właściciel żałuje to nie wiem !” Mało zawału nie dostałam. ,,Helenka, czy ty ukradłaś te kwiaty?”,,Oj, zaraz – ukradłaś! Co ty córciu, przecież one rosły przy płocie, jakby właściciel chciał, żeby mu nikt nie ruszał, to mógł posadzić w ogrodzie a nie przy płocie”. ,,Helenka, ale ty mu ogołociłaś pewnie wszystkie gałęzie!” ,,no, a jak miałam podzielić chorych jednym kwiatkiem?”

Helenki już nie ma na tym świecie, ale zostało wspomnienie ciepłej kobiety. A gałązki bzu zawsze przywołują wspomnienia przystrojonego kwiatami oddziału.