Mamy co robić

Niedzielna dniówka toczy się swoimi ścieżkami. Kąpiel i toalety noworodków, wizyta lekarska, zlecenia, pobranie krwi do badań, wypisy. Na oddziale spokój, nie ma chorych dzieci, wszystkie noworodki są z matkami. Mam czas na spokojne sprzątanie i mycie inkubatorów, koleżanka spakowała materiały do pakietów, może jeszcze poskładać ubranka i przejrzeć czy nie ma dziur i urwanych guzików. Tak ciepło na dworze to wywietrzę sale, żeby było świeżo. Fajny spokój. Wołam do Marty, że zaparzę kawę do ciasta. Wszystkie pilne rzeczy już zrobione, mamy czas i tak jesteśmy z robotą do przodu. No, to co kawusia?

Jak wszystko potrafi zmienić się w ciągu sekundy. Nie było telefonu z wezwaniem, nie było żadnej informacji i powiadomienia. Nagle na korytarzu pojawiła się położna z bloku:”Dziewczyny, pilne cięcie!” I już jej nie było. Chwyciłam tylko pieluchy w jałowym pakiecie i pobiegłam za nią, Marta zamknęła drzwi oddziału i biegła za mną.

Na sali cięć szykuję sprzęt i próbuję się dowiedzieć co się dzieje, nikt nic nie wie, jaka grupa krwi, czy są obciążenia, jakie powody cięcia,  pielęgniarka anestezjologiczna szykuje leki i na każde moje pytanie odpowiada: nie wiem, nie mam dokumentów. Wjeżdża wózek z pacjentka jakby to był rajd Monte Carlo. Kawał kobiety, wysoka i spora waga, ale przerzucenie jej na łóżko operacyjne dla położnej i salowej to pikuś, robią to w sekundę. Adrenalina daje moc! Jestem już umyta i ubrana, ale nadal nic nie wiem. Pojawiają się operatorzy, myją pole operacyjne, a Marta, jak najlepszy szpieg, przekazuje mi do ucha informacje – żeby nie denerwować pacjentki. ,,Pojedyncze tony płodu, zgłosiła się z domu, choruje na cukrzycę, poronienie, pobieramy pępowinówkę, doktórka już się myje”. Słucham Marty i kątem oka widzę, że anestezjolog ma kłopoty z intubacją. Znaczące spojrzenie z moim lekarzem, który stoi mi za plecami, nas goni czas i każda sekunda się liczy. Słowo ,,już” to ulga dla wszystkich, nacięcie powłok, operator wkłada rękę do macicy, a ja mało nie wejdę na drugiego operatora, tak szybko chcę przejąć wydobyte dziecko. Pojawia się główka, przecieram twarzyczkę i oczyszczam jamę ustną i nosek, nadstawiam chustę i przejmuję dziecko.

Przy stanowisku czekają już dwie pary rąk, ledwie kładę dziecko na materacyku a już Ambu jest w robocie , Marta masuje klatkę piersiową, lekarka osłuchuje serduszko, słyszę kwilenie, jest oddech. Podpinam pulsoksymetr i pobieram krew pępowinową, noworodek coraz lepiej oddycha, płacze. Możemy transportować na ,,noworodki”.

Umieszczamy malucha w inkubatorze, mamy huk roboty, badania, obserwacja, dokumentacja, wszystko na raz. Ale dziecko coraz lepsze i nie ma konieczności wysyłki. Po dwóch godzinach, które mam dosłownie mignęły, wiemy już, że jest dobrze, w ostatniej chwili dla malucha przyszła pomoc.

Do mojej świadomości dochodzi, że przecież muszę zobaczyć co z innymi noworodkami na oddziale, co prawda, wszystkie zdrowe, ale nie widziałam dzieci od trzech godzin. Wychodzę na salę do matki i pytam czy wszystko w porządku, wędruję sala po sali, żadna matka nie ma problemów, wszystko ok. Karmią spokojnie swoje maluchy, nie wiedzą, że parę godzin wcześniej walczyłyśmy o życie i zdrowie dziecka. Jedna z mam mówi do mnie:,, siostry to się dzisiaj nudzą, taki spokój”. Uśmiecham się i potwierdzam,,tak, dzisiaj spokój, ale my zawsze mamy co robić”.