Przypadek

Pracy mamy dużo, bo dzieci jest ponad stan. Wszystkie sale zajęte. Dla nas to dobrze, ale jednocześnie ciężko. Ostatnio dziewczyny miały przekazanie do dalszej diagnostyki noworodka z zespołem zaburzeń oddechowych. Jak przyszłam na zmianę to już dziecka nie było, bo pojechało do specjalistycznej placówki, ale one to ze stresu ledwo żyły.

Doszło do reanimacji i intubacji noworodka, który zewnętrznie nie miał żadnych wad, śliczny chłopczyk, różowy i oceniony na 9 pkt Apgar, sama radość. Po kilkunastu godzinach od porodu zaobserwowały drobne zaburzenia oddechowe. Podejrzewały przejściowe zaburzenia adaptacyjne, powiadomiły lekarza, umieściły na stanowisku resuscytacyjnym i podłączyły aparaturę monitorującą. Niby nic uchwytnego, bo i saturacja była na granicy, dziecko nie męczyło się przy ssaniu, ale zaczęło chwilami ,,postękiwać”, a to mógł być początek niewydolności oddechowej. W momencie badania lekarskiego doszło do bezdechu i konieczności reanimacji, Karolina opowiadała, że to był całkowicie nagły bezdech, dziecko przestało oddychać i umierało. Jeszcze przed chwilą były drobne zaburzenia regularności oddechu a teraz teraz musiały walczyć o życie. Przypadek, że był przy tym lekarz, który od razu intubował dziecko, że maluch był na stanowisku resuscytacyjnym i cały sprzęt był ,, pod ręką”. Strach myśleć co by było, gdyby to wszystko wydarzyło się na sali u matki. Zanim dotarłaby pomoc minęłyby minuty, te ,,złote” minuty życia.

,,Enka” przyjechała bardzo szybko, w tym czasie dziewczyny zabezpieczyły dostęp naczyniowy, pobrały krew i mocz do badań biochemicznych i bakteriologicznych, przygotowały wszystko do transportu, a jednocześnie cały czas jedna była przy dziecku. Dzięki Bogu dwie położne miały dyżur. Strach myśleć co by było, gdyby była tylko jedna.

Dzieciątko żyje chociaż rokowania są bardzo złe. Diagnozowanie poszło w kierunku wrodzonej choroby metabolicznej. Tylko tyle wiemy po telefonicznej rozmowie naszego szefa z lekarzem prowadzącym. Serdecznie współczuję Rodzicom, oby mieli siłę aby przetrwać wyroki losu.

Zawsze się bałam nierozpoznanych chorób metabolicznych, to chyba najgorsze co się może wydarzyć. Nie przypuszczasz nawet, że dzieje się coś śmiertelnie niebezpiecznego z dzieckiem i dopiero pogorszenie stanu dziecka jest sygnałem do działania.