Kursy i opłaty

Otrzymałam zaproszenie do udziału w kursie o problemach laktacyjnych. W pierwszej chwili nawet mnie to zaciekawiło. Laktacja i techniki karmienia naturalnego to najczęstsze problemy, z jakimi spotykam się na oddziale. Zawsze chętnie biorę udział w kursach, bo człowiek dowiaduje się czegoś nowego i ma już inne spojrzenie na możliwe rozwiązania. Nowe leki, standardy, sposoby postępowania w sposób kompleksowy czy sam fakt przypomnienia już istniejących rozwiązań to korzyść z każdego kursu czy szkolenia. Często zapisujemy się na wybrany kurs kwalifikacyjny czy specjalistyczny, bo ukończenie szkolenia daje nam wiedzę i podnosi nasze kwalifikacje. Ale …..No, właśnie! zawsze jest jakieś ale.

Kursy specjalistyczne, kwalifikacyjne lub szkolenia organizowane są przez Izby Pielęgniarskie lub firmy szkoleniowe kadr medycznych. Są to zajęcia tematyczne (resuscytacja noworodka, leczenie ran, cukrzyca u ciężarnej, problemy epidemiologiczne itp), w ramach programu akceptowanego przez MZ i po ukończeniu otrzymujemy certyfikaty. Koszty  zajęć są różne, od formy bezpłatnej do 5200 zł za specjalizację – ale to już najwyższy stopień specjalizacji zawodowej. Przeciętnie kurs, który daje rozszerzenie uprawnień zawodowych to koszt 250 do 1600 zł, szkolenie tematyczne to forma bezpłatna lub opłata wręcz symboliczna. Ale wróćmy do otrzymanego zaproszenia….

Szkolenie kilkudniowe, temat ogólnie problemowy, ale opłata za kurs specjalistyczny wypisana jak byk – ponad 500 zł. Na zdrowy rozum nie tak dużo, firma szkoleniowa porządna a szkolenie czysto zawodowe w oparciu o wymogi MZ, tylko….Tylko dlaczego ja mam płacić takie ciężkie pieniądze ( dla mnie to 25% mojej pensji!) plus koszty dojazdu i noclegu ! Bo będę mądrzejsza? No, dobra, może troszkę więcej będę wiedziała i co z tego? W pracy nie mam czasu na indywidualne podejście i możliwości rozwiązywania problemów laktacyjnych. Mój dyżur to tylko 12 godzin czyli około cztery karmienia, powoli wypracuję jakiś rytm karmień, nachodzę się, natłumaczę, będę gadać, pocieszać, chwalić, a przyjdzie inna zmiana i matka prosi o butelkę. Cała moja robota o dupę rozbić!

Tak, jestem rozżalona. A najgorzej się czuję, gdy zdaję dyżur, opowiadam co wypracowałam i wierzę, że solidnie się przyłożyłam, że będzie dobrze. A tu przy następnej zmianie dowiaduję się, że ledwo za mną zamknęły się drzwi, a już do dziewczyny przychodzi matka z prośbą o butelkę, ,,bo tamta nie chciała dać…” Myślicie, że na siłę promuję karmienie piersią? Nie, nie i jeszcze raz nie. Zawsze mówię, że jest wybór. Ale każda twierdzi, że chce karmić. Na dziesięć matek, cztery chcą i walczą o laktację. Sześć stwarza tylko pozory.