Ta cholerna empatia

Mam bardzo sympatyczną koleżankę, pracuje na położnictwie. Wprost dusza człowiek, serdeczna i ciepła, bardzo mile odnosi się do pacjentek, nieba im prawie uchyla, zawsze chętna do pomocy i bardzo opiekuńcza. I to tyle. Bo jeśli chodzi o pracę to zwariować z nią można.

Wchodzę na blok porodowy, żeby zorientować się w przebiegu porodu i przygotować stanowisko noworodka. A moja koleżanka na pytanie co słychać, z ponura miną kręci głową, skóra mi cierpnie, bo pewnie coś się złego dzieje!,,Co jest ?Zaburzenia tętna? Brak postępu porodu?”. Odpowiedź stawia mnie na baczność: ,, tachykardia u płodu i lepiej nigdzie nie chodź”. W błyskawicznym tempie wracam do siebie i organizuję się z pracą na oddziale, zabezpieczam noworodki i w pełni gotowa do akcji, zjawiam się na bloku porodowym, gotowa na ciężki poród czy cięcie cesarskie. Czekam i zaczynam wątpić, bo nikogo nie ma: ani lekarza, ani zespołu anestezjologicznego. Koleżanka, co prawda biega co chwilę do pokoju pacjentki, ale to tylko tyle. Nadal jestem jak na szpilkach, bo słyszę jak uspokaja pacjentkę, ale wszystko jest podszyte niepokojem.

Mija godzina. Ciągle mam przekazywane niepokojące dane: ,, źle schodzi głowa”,,, rodząca jest bardzo zmęczona i nie wiem czy sobie poradzi”, ,,żeby tylko skurcze nie osłabły”. Nerwy mam napięte jak postronki. Wreszcie drugi okres porodu. Staję przy łóżku porodowym wraz z położną ( w pełni gotowa na reanimację!). I … Pyk, bez żadnych trudności rodzi się zdrowy i żywotny maluch. Proszę o wezwanie neonatologa , bo tachykardia u płodu, gdy odzywa się ginekolog-położnik :,, a nie! to tylko zwyżka kilkusekundowa, nic złego, zapis KTG cały czas był dobry..”. Mam ochotę udusić gadzinę za nerwówkę, ale akurat tuli pacjentkę i razem zachwycają się nad maluchem. Macham ręką, dobrze, że wszystko ok.

Ciemna noc, na oddziale kilka pacjentek. Ogólnie spokój i rutyna. Położna przywozi mi wózki z dziećmi, bo mamy słabe i lepiej niech się prześpią. Ok, nie ma sprawy. Lokuję wózki w pokoju obserwacyjnym i zajmuję się swoją robotą. Po około dwóch godzinach widzę, jak czają mi się jakieś pacjentki przy drzwiach oddziału. Pytam : coś pomóc? Kobietki proszą, żeby oddać dzieci, że położna zabrała, że one nie chciały….Cholera, moja koleżanka na siłę uszczęśliwiła kobiety. Noworodki wróciły do matek.

Ciężkie dziecko, mnóstwo badań, ogólnie totalna bieganina i w tym momencie koleżanka wprowadza mi na ,,erkę ” babcie dziecka ( ,,bo chciała zobaczyć wnuczkę i tak się martwiła…..”). Babcia jak zobaczyła, tak zasłabła. No, cóż moja koleżanka odznacza się wyjątkową empatią