Powrót Doroty

Najgorzej jak coś się zepsuje i domorosły hydraulik naprawia. Mówiłam Dorocie, że lepiej nie ruszać i wezwać magika – konserwatora, ale ona nie. Powiedziała, że nie raz widziała jak jej mąż naprawia zatkany zlew, więc dla niej to pestka. Ale od początku…

Dorcia wróciła po zwolnieniu chorobowym i wstąpił w nią duch energii. Już nie porusza się po oddziale ruchem ciężarnej żyrafy tylko biega, jak rozjuszony nosorożec. Tu przestawi, tam poprawi, wszędzie jej pełno. Pech chciał, że na sali pacjentki zatkał się zlew. Matka poskarżyła się mnie, ale usłyszała to Walkiria i dawaj organizować przedmioty, konieczne według niej, do prac hydraulicznych. Korcang ( kleszczyki ), czajnik z gorącą wodą i długi kawałek drutu. Mówię:,, Dorcia, co ty po nocy będziesz grzebać, lepiej zadzwonię po konserwatora”. Ale Walkiria jak nie warknie:,, z taką głupotą będziesz ściągać chłopa z domu, a potem oddziałowa nas zwymyśla za nieuzasadniony alarm i koszty”. No, tak, trochę ma rację, bo my nic już nie robimy, tylko liczymy koszty i oszczędzamy. A co tam, niech grzebie, może się uda…

Powinnam wtedy trzepnąć się korcangiem w łeb, żeby wrócił rozum. Bo jak Dorcia zaczęła dłubać w zlewie, to coś kliknęło i zabulgotało. Ja, w swojej naiwności, myślałam, że naprawiła. Więc tym radośniej odkręciłam kran z wodą, no i fajnie, woda znika w odpływie. A tu pacjentka cichutko się odzywa:,, siostrzyczko, woda cieknie na podłogę”. Gapię się na strumyczek wyciekający z rury odpływowej i nie mam pojęcia co się stało. Przy tym cały czas jest odkręcony kran. Dorcia też zagląda pod zlew. Zanim dotarło do mnie, że trzeba zakręcić kran to na podłodze utworzyło się malutkie morze. ,,Dorcia, ty i te twoje naprawy, że też ja jestem taka naiwna i wierzę ci, że coś naprawisz!” Moja koleżanka bagatelizuje problem:,, oj, to tylko troszkę pociekło, przeniesiemy pacjentkę na inną salę i po kłopocie”.  Przenosiny idą pełną parą. Po felernym zlewem podstawiłam wiaderko i szmatę, a niech tak będzie do rana. Dorcia jeszcze dokręciła kran, żeby już ani kropla nie kapnęła i w pełni zadowolona zamknęła drzwi sali.

Ja wróciłam do swojej dyżurki a Dorcia do swojej. Ledwie zdążyłam posprzątać zabiegowy, gdy przypędziła Walkiria:,, matko kochana zalewa nas!” A ja głupio pytam  : ,,co zalewa?”, ,, Woda, woda leje się z dwójki”. ,,Dorcia, jakim cudem, przecież zakręciłaś kran!?” Dorota marszczy nos:,, chyba troszkę za mocno, bo kurek obraca się we wszystkie strony, a woda leje się już na korytarz”. Mało nie dostałam zawału! Biegiem rzuciłyśmy się do ratowania przed zalaniem, poszły w ruch szmaty i wiadra, ale pierwsze co zrobiłam to zadzwoniłam po hydraulika.

Konserwator naprawił usterkę w kilka minut, nawet nic nie pytał i nie komentował. Pewnie nie sądził nawet, że Dorcia grzebała przy odpływie, ponarzekał na jakość i wykonanie armatury i sobie poszedł. Żadna z nas nie miała dość odwagi, żeby się przyznać do głupoty. Prawie przez godzinę pucowałyśmy korytarz i salę.

No i wróciła moja Dorcia, nie sposób się z nią nudzić!