Majeranek

Drogie Panie, dziękuję Wam serdecznie za wszystkie komentarze. Dziękuję za obronę i słowa wsparcie, dziękuję za realną ocenę i uważne wczytanie się w tekst, dziękuję za to, że jeden wpis ( choć bardzo gorzki i ,,złośliwy” :twisted: ) nie przysłonił Wam całokształtu mojej pracy. Jestem dumna, bo ten blog spełnił swoje zadanie: przybliżył pracę położnej, pokazał blaski i cienie, sukcesy i porażki. I gdybym już dziś musiała zakończyć swoją pisaninę, to uważam, że warto było. Dziękuję za to, że doceniacie moje koleżanki po fachu. Dziękuję serdecznie, że jesteście.

A teraz opiszę ostatni dyżur, bo to kwintesencja naszej pracy. Weszłam do dyżurki o godz 18.50. Czyli mam dziesięć minut na raport i przejęcie dyżuru. Ale ledwie położyłam torebkę do szafki, zaterkotał dzwonek ,,do porodu”. Idziemy na blok, a koleżanka po drodze zdaje mi raport, kto się urodził, czy dobrze ssie, czy trzeba pobrać krew i co jest do zrobienia. Wchodzę na blok i widzę, że urzęduje Dorota. ,, Witaj, noworodku! ” – to do mnie – ,,tak szybko to ty stąd nie wyjdziesz, bo są jeszcze cztery pacjentki do porodu i to dobrze zaawansowane, więc przygotuj się ” . ,, Mówisz i masz, Dorcia”. Lubię, jak wszystko jest przygotowane i lubię pracować z Dorotą.

Poród za porodem, robota idzie sprytnie i nie ma powikłań. Rodzą się dwie dziewczynki, prawdziwe kluseczki. Ze względu na noworodki nagrzewam sale dodatkowymi grzejnikami, pilnuję, żeby wciągano ogony i zamykano drzwi ( korytarz jest nieogrzewany). Dorcia uwija się z dokumentacją i biegnie do następnego porodu. Tu idzie ciężko, mama jest przeziębiona, szybko się męczy i to ją przeraża, zaczyna się bać, czy da radę. I wiecie co pomaga? Maść majerankowa z torebki Doroty. Pewnie pomogła, jak umarłemu kadzidło, ale rodząca twierdziła, że lepiej jej oddychać i o to chodziło. Och, te damskie torebki i ukryte tam skarby :lol: Rodzi się śliczny chłopiec, na 10 punktów. Mama szczęśliwa, dziękuje Dorci za pomoc, a ta się śmieje, że to nie ona – tylko maść!

Została ostatnia rodząca. Ale tu nie idzie tak słodko. Widzę po minie Doroty, że coś ją niepokoi. Zajęłam się swoimi noworodkami i pobiegłam na oddział, sprawdzić czy wszystko jest w porządku. Wróciłam na blok i widzę anestezjologa, czyli pilne cięcie.

Szybko szykuję stanowisko i cały sprzęt, jeszcze tylko telefoniczne wezwanie mojego lekarza i już mogę stanąć do mycia. Dorota pomaga mi się ubrać i mówi o wskazaniach i jej obserwacjach, co do stanu płodu. Zawsze tak pracujemy, że nie tracimy czasu na dowiadywanie i zbędne gadanie. Ja się szykuję, a ona informuje, gdy pomaga mi przy ubieraniu sterylnego fartucha. Wchodząc na salę, wiem już wszystko. Dorota za szybą obserwuje wydobycie, jeśli będę ją potrzebowała, to wystarczy, że poszukam ją wzrokiem, to nasz sygnał, że musi mi pomóc. Rodzi się dziewczynka, dosłownie owinięta w bardzo długą pępowinę, trzy razy wokół szyi i jeszcze wokół stopy. Ale stan dobry, dziecko silne i żywotne. Pobieram gazometrię pępowinową, ale wiem, że jest dobrze. Opadają emocje, zdrowe narodziny to najważniejsze.

W dyżurce pediatra uzupełnia dokumenty i przy okazji bada pozostałe noworodki. ,, A co to? stosujecie aromaterapię? czuję majeranek” ,, to dla relaksu, doktorze!” ,,relaksu? mnie to się tylko kojarzy z jedzeniem, o flaki na przykład! ” Wiadomo, chłop :lol: