Moje dzieci

Pracuję i nie jest źle, nareszcie czuję się w pracy spokojna i na miejscu. Pracuję z noworodkiem i matką, edukuję, pomagam i pielegnuję. I nareszcie jestem zadowolona. Chociaż nie dostałam ani grosza z tej słynnej podwyżki 400 zł ( tak jak wszystkie moje koleżanki ) to i tak zarabiam wiecej niż do tej pory. To była dobra decyzja.

Ostatnio mam na oddziale dzieci chore i obciążone wadami. No, cóż, nieszczęścia chodzą parami. A w tych przypadkach nic nie da się zrobić. Te dzieci przez całe życie będą wymagały opieki. Ciężko patrzeć bez smutku na takie maluszki. Byleby tylko nie cierpiały. Szkoda, że medycyna jest bezradna. Szkoda.

Czasami matka pyta lekarzy, jak to dalej będzie i ja też czekam na odpowiedź. Lekarz mówi tak ględnie, że sama nie wiem, co myśleć. Ale taka jest prawda, że nikt nie wie, jak to będzie. Chore dziecko może rozwijać się i funkcjonować, pomimo złych prognoz, ale też może być jeszcze gorzej. Nikt nie wie, jak urośnie drzewo, bo nie wiemy, ile będzie deszczu, słońca, czy wiatr uszkodzi gałęzie, czy będzie rosło w spokoju. Tak też jest z dzieckiem.

Moi neonatolodzy to dobrzy fachowcy, sumienni i dokładni. Walczą o dziecko, ale nie można dokonać cudów.

Spójrzcie na jeden przypadek. Matka około czterdziestki, z obciążonym wywiadem położniczym, wiele poronień, w rodzinie wady genetyczne, w domu jeden zdrowy syneczek, obecna ciąża zagrożona od początku. Zakończona narodzinami wcześniaka z zespołem wad. Co o tym myśleć? Czy tak miało być? Czy nie lepiej było zrezygnować? Czy to takie myślenie egoistyczne ludzi wygodnych?

Patrzę na te moje aniołki i głaszczę po główce. Mają już dwa tygodnie życia i wiele cierpienia za sobą. Biedna główka ze śladami ukłuć i siniakami. Bezwiednie próbuję zaczarować los, ale nic nie mogę zrobić. Głaszczę, więc skórę tak bladziutką i cieniutką, że widać wszystkie żyłki na czaszce. Tylko tyle mogę, dać trochę serca…