Mały wampirek

Nocna zmiana jest zawsze spokojniejsza. Ale ta noc do takich nie należała. Przyjęcie za przyjęciem, cięcia cesarskie, porody naturalne, ruch jak na dworcu. Ale wszystko spokojnie, bez problemów. Dzieci zdrowe i śliczne. Matki w dobrej formie i moja praca była zwyczajnie rutynowa.Przyjęcie na oddział, pomoc w karmieniu i pielęgnacji, szczepienia, ewentualne pobranie krwi do zleconych badań. Potem dokumenty i zapis w komputerze. Jak piszę, to moją pracę można ująć w dwóch zdaniach, ale w rzeczywistości to około pół godziny, może nawet czterdzieści minut do każdego przyjęcia, a oprócz tego jest jeszcze oddział i rutynowe czynności przy noworodkach. Jednym zdaniem ciągła bieganina.

Nad ranem zrobiło się ciszej. Na bloku porodowym pusto, a na oddziale mali krzykacze poddali się i usnęli w ramionach umęczonych matek. Na korytarzu pusto i można przygasić światło. Siedzimy z koleżanką w zabiegowym i piszemy obserwacje. Jest tego sporo, bo oddział wypełniony po brzegi. Pocieszam się, że niedługo nastanie koniec tych papierzysk. Podobno cała dokumentacja ma być prowadzona elektronicznie. Ale na razie wypełniam kilka stron A4 dokumentacji przy każdym dziecku. No i wszędzie moja pieczątka i podpis. Czysta biurokracja.

Nagle słyszymy cichy jęk. Ktoś jest na korytarzu. Wychodzimy z dyżurki i widzimy młodą kobietę w zaawansowanej ciąży. Do porodu. odprowadzamy pacjentkę na izbę przyjęć i wracamy  do pisaniny. To już czwarta godzina, więc mało prawdopodobne, żeby urodziła i trafiła na oddział w ciągu ostatnich trzech godzin dyżuru.

Po około dziesięciu minutach widzimy, że korytarzem idzie neonatolog. Nic, tylko do porodu. Po chwili wraca. Pytamy czy wszystko w porządku, doktor się śmieje i mówi, że mamy wampirka. Zdziwione patrzymy po sobie i nie wiemy o co chodzi. Może, że rodzony w nocy? Po dwóch godzinach wyjaśniło się wszystko.

Mama przywieziona została z bloku porodowego, z dzieckiem w ramionach. Maluch duży i papuśny. Ładny dzieciak. Kiedy zabierałam go od matki, aby przenieść do wózeczka, rozkrzyczał się na całego. I niezły szok. W buzi małego chłopczyka tkwiły dwa ząbki w dolnej szczęce, dwie jedynki. Może określenie „wampirek” to trochę na wyrost, ale takie było pierwsze skojarzenie. Mały wampirek. Takie ząbki u noworodka noszą nazwę zębów papierowych, są rzadkim zjawiskiem. W nielicznych przypadkach łączą się z pewnymi zaburzeniami genetycznymi, ale częściej to tylko mały ,,wybryk” natury. Ząbki papierowe są cieńsze i mniej pewnie umiejscowione w dziąsłach maluszka niż mleczaki. Ale czuje się je na palcu, jako przeszkodę, dosyć twarde i nawet ostre. Współczułam mamie, bo wampirek miał dar ssania i nieźle dał się we znaki przy karmieniu. Co było dalej z jego ząbkami? Nie wiem. Pewnie zostały usunięte, żeby nie kaleczyły ani matki, ani języka czy dziąsła dziecka. Ale muszę przyznać, że maluch wyglądał przezabawnie z tymi ząbkami. Mały wampirek.