Bez umiaru

Kiedyś pisałam o zdrowym rozsądku. Myślałam, że w pewnym momencie przychodzi opamiętanie i zmiana nastawienia. Dziś wiem, że nie zawsze tak jest. I taka sytuacja przerasta wszystkich. Każdy robi błędy. Pacjentka z uporu, a my z chęci unikniecia konfliktu.

Jak zwykle chodzi o karmienie piersią. Pacjentki mają świadomość korzyści z karmienia naturalnego, chcą tego i nie zgadzają się na żadne dokarmianie. Jest to postawa godna pochwały i promowana przez położne. Z jednym wyjątkiem. Czasami, pod wpływem kilku czynników, ilość pokarmu kobiecego jest niewystarczająca. Co wtedy się dzieje? Noworodek zaczyna się odwadniać, rośnie temperatura ciała, następuje znaczny ubytek masy ciała, stan noworodka pogarsza się. Jednym słowem, konieczne jest dokarmienie. Najszybciej taką konieczność może zaobserwować położna, opiekująca się położnicą i noworodkiem, ale dla niektórych pacjentek taka osoba nie jest autorytetem. ,,Taki ktoś” nie będzie decydował o zmianie obranej drogi i filozofii opieki nad dzieckiem i wychowania. Przecież pacjentka wie, czego chce, wspierana przez doradcę laktacyjnego ( kontakt telefoniczny – bez faktycznej oceny stanu położnicy i noworodka! – dla mnie szokujące !!!!!). Co robi położna? Proponuje podanie glukozy lub mieszanki mlecznej. Tutaj powinnam Wam opisać reakcję pacjentki, ale nie mogę. Jak opisać dziki upór, bez opamiętania i wątpliwości, że ,,ktoś” ma rację? Położna zgłasza problem lekarzowi. Dyżurny bada malucha i przedstawia wnioski diagnostyczne, i tu ,,niespodzianka” – matka nie zgadza się z opinią neonatologa, bo …Dopiero radykalne decyzje lekarza ucinają kłopotliwą wymianę zdań. U dziecka konieczna jest terapia lecznicza, a mama nawet w takim przypadku,,wietrzy” zaniedbania i naruszenie jej praw.

Uczciwie napiszę, przychodziłam na dyżur z nadzieją, że ominą mnie ,,przepychanki”. Ale to nie było mi dane. Wiecie o co poszło? O zlecone badanie krwi. Że zapomniano o pobraniu krwi od dziecka. Bo lekarz zlecił i nikt nie przyszedł do malucha. A w rzeczywistości: krew pobiera się po zakończeniu wizyty lekarskiej, więc od zlecenia do wykonania mija nawet godzina. Ja tłumaczę, a pani uśmiecha się lekceważąco i nawet nie patrzy na mnie. Mnie skacze ciśnienie i powtarzam sobie, że to tylko kilka dni. Wytrzymam.

Jak ocenić taką sytuację? Wiem jedno: jest to przykład totalnego braku zaufania dla personelu szpitalnego. Nie dyskutuję czy zasłużenie czy nie. I oczywiście nieetyczne zachowanie osób zajmujących się doradztwem. Najbardziej szkoda mi dziecka. I nie mówię tu o metodach czy filozofii wychowania. Jego matka na pewno chce jak najlepiej dla swojego dziecka. Ale nauczy go totalnej nieufności i podejrzliwości, każdy system będzie zły….A szkoda, bo życie jest takie trudne bez zaufania…

62 Komentarze

  1. Będąc w ciąży sporo naczytałam się o karmieniu piersią i byłam na to na 100% nastawiona. Dobrze, że szerzy się wiedzę na ten temat, że kobiety chcą karmić, bo mleko matki to najlepszy pokarm dla dziecka. Mi jednak zabrakło choćby kilku informacji, że czasem dokarmianie jest konieczne. Propagatorki karmienia naturalnego w kółko powtarzają, że wszystkie kobiety mogą karmić, żeby nie dać się namówić na dokarmianie, że położne dla swojego świętego spokoju podają glukozę lub mieszankę, żeby mieć mniej roboty z matką i dzieckiem. Do tego szerzy się przekonanie, że mleko modyfikowane to wręcz trucizna. Moje dziecko po cc było karmione sztucznie w szpitalu, po powrocie do domu udało się przejść na pierś, ale po kilku tygodniach musiałam zacząć dokarmiać mm, bo dziecko nie przybierało na wadze. Po tym całym laktacyjnym „praniu mózgu” miałam silne poczucie winy, że nie daję rady jako matka, bo moje dziecko je także z butelki. Brakuje informacji o tym, ze pełne karmienie naturalne czasem nie jest możliwe i niczyja to wina.

    • A ja myślę, że czasem bywa tak, że „coś” przy dziecku robione jest za plecami matki, zupełnie inaczej niż w opowieści naszej położnej i mnie jako matkę właśnie to oburza, że są szpitale gdzie np. jest cesarka, przynosi się matce dziecko już na karmione nie informując jej o tym, wtedy ono nie chce ssać, a matka ma wyrzuty sumienia. Dlatego w swoim planie porodu, a termin mam za 2 tygodnie (2 poród), wyraźnie w dwóch miejscach napisałam, że nie godzę się na dokarmianie BEZ mojej wyraźnej zgody. Bo mimo iż pierwsze dziecko karmiłam dość długo piersią, to nie jestem pozbawiona logicznego myślenia i rozumiem, że różnie się w życiu układa.

  2. ja zgadzalam sie na wszystko, nawet na nacinanie, poniewaz nie konczylam medycyny i zaufalam personelowi, ze na 100% lepiej wie ode mnie co jest dla mojego dziecka w danym momencie najlepsze.

  3. Chwala ze sa jeszcze takie pielegniarki jak PANI!!! Ja mam 3 dzieci jestem po 2 cesarkach i w obu przypadjach to samo zrobili ze mnie wyrodna matke bo nie chce karmic piersia.Moje dziecko plakalo bo bylo glodne a mi nie leciala nawet kropla.Nawet po tlumaczeniu ze nie mam pokarmu nie docieralo :-( smutne ale prawdziwe :-( musialam chodzic i prosic sie zeby mi dali mleko dla dziecka jednym slowem TOTALNA PORQZKA :-(

    • Miałam dokładnie to samo. Byłam po naturalnym porodzie, ale bardzo długim i ciężkim. Chciałam mojego syna karmić piersią, ale pokarmu miałam jak na lekarstwo. Dziecko traciło na wadze, ciągle płakało. Lekarka na obchodzie stwierdziła, ze przesadzam, mnie to niepokoiło. Syn urodził się z wagą 3350 g, w krytycznym momencie było już 2800 g. Stwierdzono ze dziecku podadzą glukozę a ja mam karmić, ale czym skoro nie mogłam ściągnąć nawet ilości mieszczącej się w łyżeczce do herbaty. Ostatecznie decyzję podjęła położna (cudowna kobieta z ogromnym doświadczeniem) i po konsultacji ze mną została podana mieszanka. Młodziak najedzony, wreszcie usnął, był tak zmęczony, że po 3 godzinach nie można go było obudzić na kolejne karmienie. Nie mam pojęcia, jakie było tłumaczenie wobec lekarza, ale pani doktor była bardzo niezadowolona, kiedy przyszła na kolejny dyżur i obchód. Usłyszałam, że jestem wygodnicka i nie chcę karmić. Takie słowa są bardzo krzywdzące dla każdej matki.
      PS. syna przystawiałam do piersi mimo podawania mieszanki, a pokarm ostatecznie sam zanikł 3 tygodnie po porodzie, mimo podawania mieszanek ziolowych wspomagających laktację.

  4. Rodziłam dwa razy, poród i pobyt w szpitalu wspominam bardzo pozytywnie. Zaufałam lekarzom bo to oni znają się najlepiej na swojej pracy i nie zawiodłam się. Mówili co robią, jakie leki podają, dlaczego zabierają moje dziecko (szczepienie, pobranie krwi), nie wyobrażam sobie abym mogła się z nimi w tamtej chwili spierać co jest lepsze dla mnie czy mojego dziecka. Pozdrawiam.

  5. Rodziłam cztery razy i za każdym razem zgadzałam się na wszystko zarówno przy porodzie jak i później. Jedyne czego właśnie żałuję to to że przy ostatnim dziecku nie poprosiłam o dokarmienie małego który „wisiał” na cycu większość czasu i nawet wyjście do toalety było problemem bo odłożenie go do łóżeczka kończyło się płaczem a smoczka nie akceptował. Wychodzę z założenia że personel medyczny (lekarze,położne,pielęgniarki) po to się uczą swoich zawodów by pomagać pacjentom a nie im szkodzić i chcą dla swoich pacjentów jak najlepiej,więc jeśli mi mówią że coś jest dla mnie lepsze to widocznie tak jest i słucham ich zaleceń i stosuję się do nich.

    • Wiesz, Gabrysia… chyba większość pacjentów wychodzi z takiego założenia, bo kto by nie chciał być obsługiwanym przez ludzi, którym można zaufać w pełni? Ale każdy kij ma dwa końce. Ten też. A Ty miałaś ogromne szczęście, że Ciebie los nim nie uderzył. Co byś zrobiła, gdyby Twój lekarz prowadzący zalecał cesarkę, a odbierający poród stwierdził, że lepiej urodzić siłami natury? Który z nich jest bardziej kompetentny? Chyba pamiętasz sprawę Bartłomieja Bonka? On i jego żona mieli ten dylemat. Też postanowili zaufać…

      Wielu zaufało…

      Pozdrawiam.

      • Nie zgodzę się z Tobą tak do końca. Ja ufałam i ufam. Rodziłam dziecko z ciąży wysokiego ryzyka. Mam padaczkę lekooporną. Zarówno neurolog jak i ginekolog współpracowali ze sobą i ze mną. Opiekę w czasie ciąży i porodu miałam z NFZ. Rodziłam w małym powiatowym szpitalu. Położne też były super. Gdybym nie ufała moje dziecko byłoby w najlepszym wypadku poważnie chore lub co gorsza nie byłoby go ze mną. Wiem że są zaniedbania ale nie można uogólniać bo można kogoś skrzywdzić.

        • Z tym uogólnianiem, to trochę jest tak, że jednego skrzywdzi, a drugiego nie. Kto ma rozum, ten zrozumie. Rozmawiałem z lekarzami, którzy mi dużo pomogli i jakoś oni nie czuli się przeze mnie skrzywdzeni. Wręcz przeciwnie, byli oburzeni postawą tych lekarzy, którzy obsługiwali moją żonę, a zwłaszcza tego, który dopuścił do śmierci mojego syna. Zapewniam Cię, że mając takie przeżycia, też byś nie miała zaufania do personelu medycznego, choćby dlatego, że to tylko ludzie, chociaż niektórym się wydaje, że są bogami. Poza tym, czyja krzywda jest większa – lekarza, którego niesłusznie trafiło niesprawiedliwe słowo, czy dziecka, które przez lekarza leży w grobie?

          • Rozumiem. Znam Twoją historię i rozumiem Twoje podejście. Ale ja stosuję zasadę ufam i sprawdzam. Nie lubię uogólnień bo sama parę razy usłyszałam , że gdybym nie piłam nałogowo to byłabym zdrowa. Ot takie tam podejście :)

          • A powiedz jak ja mam się czuć odwiedzając 2 dzieci na cmentarzu? Kto jest winny ich śmierci? JA, ich mama. Dlaczego? Bo w czasie napadów dostaję bezdechu. Dla dzieci za każdym razem był to wyrok śmierci. Rozumiem że sprawdzasz i nie ufasz. Rozumiem też epileptyczkę. A lekarz którego opisałeś powinien stracić prawo wykonywania zawodu tyle

          • Rusałko, to bardzo przykre, co mówisz, jak i Twoja historia. Rozumiem, że i Ty, i lekarze wiedzieliście o ryzyku. Ubolewam, że nikt nie był w stanie Wam pomóc i sam zachodzę w głowę, jak to możliwe w dobie tak rozwiniętej techniki!? Niepojęte. Jednak nie bardzo widzę w tym Twojej winy. Ty chciałaś mieć dziecko…

            Lekarz z mojej historii jest po prostu niegodziwcem. Nie mogę nic więcej o nim opowiedzieć, bo mogłoby to zdradzić moją anonimowość. Ale chyba nie trzeba dowodów na to, że są i tacy? W naszym przypadku popełnił rażący błąd, a potem wyczyścił się w dokumentach kłamiąc jak z nut – typowe dla lekarzy. W przypadku mojej znajomej, której poród też odbierał on, było tak, że personel pił alkohol, bo to były święta i tego samego dnia musiała mieć zrobioną cesarkę, bo dziecko by nie przeżyło. Nie dość, że naciął dziecku główkę, to jeszcze po zszyciu brzucha powiedział jej: „a teraz zdychaj kurwo”, bo mu imprezę zepsuła.

            Nie obwiniaj siebie. Przecież Ty chciałaś dobrze.
            Pozdrawiam.

  6. Wszystko pięknie, tylko dlaczego jest z punktu proponowana glukoza albo mm? Dlaczego nie jest proponowane częstsze dostawianie dziecka do piersi? Czy korygowana jest technika przystawiania? Czy sprawdzone jest wędzidełko podjęzykowe? Czy jest mówione jest położnicom, że NORMALNYM zachowaniem noworodka jest wiszenie na piersi 23 godziny na dobę? Nie? To nie współczuję, bo wiedzy na ten temat od personelu medycznego oczekuję.

  7. Hmm… ja niestety należę do tych co nie ufają personelowi medycznemu…

    Niestety, moją ciąże prowadził bardzo niekompetentny lekarz, w szpitalu totalna olewka prze dyżurujących lekarzy i położne ( jedna „cudowna” mi powiedziała, że jak się urodzi dziecko przez cc to się go juz tak nie kocha jak przy naturalnym porodzie !) .

    Później kiedy córka była malutka i wymagała konsultacji u różnych specjalistów też niestety „udało się” nam załapać na „lekarza ” oszusta, który wbijał wystraszonym rodzicom diagnozy wyssane z palca żeby tylko placówka w której pracował miała pacjentów a raczej pieniądze na nich.

    Nie dziwcie się, że kobiety w tak skrajnych dla nich sytuacjach, warunkach reagują w taki sposób. To próba obronienia siebie i dziecka …

    Tyle się słyszy o zaniedbaniach, o braku szacunku do pacjenta. Niestety w większości pacjent= przedmiot nie człowiek :/
    Chwała taki osobom jak Pani bo tylko tacy ludzie przywracają wiarę w to, że jednak dobrzy ludzie istnieją.

    Ps. Zastanawiam się co by Pani powiedziała gdyby matka od razu po ur. powiedziała, że dziecku butelka bo nie chce karmić piersią…pewnie też byłoby to źle przyjęte i wszyscy zaczęliby „walczyć” żeby jednak zmieniła zdanie …

    • No teraz, to mnie ścięło z nóg! To według „cudownej” ojciec nie kocha wcale? Powinno się odsuwać od pracy z pacjentami takie osoby, bo to jest niekompetencja. Zawodowiec powinien wiedzieć co można, co trzeba, a czego nie wolno mówić. Nie można ot tak sobie pieprzyć takich głupot.

      Zgadzam się z każdym punktem Twojego komentarza.
      Pozdrawiam.

  8. Wszystko pięknie ładnie. Zgadzam się, jednak wszystko ma swoje podstawy. Dziecko przez pierwsze godziny nie umiera z głodu i tak naprawdę nie musi jesc. Może mieć natomiast silny odruch ssania. Moze chciec byc przy mamie. Jednak w wielu szpitalach godzine/dwie np po cc dziecku od razu podawana jest mieszanka a dziecko jest zabierane mamie na noc. Czesto jest karmione z butelki. W jakim celu? Może wygody? Nie wiem. Nie mi to oceniac. Ale po takich praktykach kobiety traca zaufanie do personelu. I nie ma sie co dziwic. Cieszę się jednak, że w szpitalu, w ktorym rodziłam można bylo wspólpracować z personelem

    • Ja po cc od razu jak mnie przywieźli na salę obserwacji miałam młodego przystawionego do piersi. Może dlatego, że nie miałam narkozy. Nie wiem. Położna spytala się mnie czy chce karmić piersią, na moją odp że tak od razu „podłączono ” mi młodego do piersi. Młodego mi zabierali tylko na kąpanie i pobranie krwi. Tak cały czas przy mnie , ściślej rzecz ujmując – przy cycu :)

  9. jasne, widzialam takie „wskazania” do dokarmiania, kit nie patrzy na przyczyne, tylko na skutek i zapodaje butelke, ktora moze byc koncem karmienia piersia, brawo dla nieugietej pacjenki, oby mniej takich beznadziejcych neonatologow i poloznych

    a przyczyn moze byc mnostwo:
    nieefektywne ssanie spowodowane przez rozne problemy ktore moga wspolistniec
    - krotkie wedzidelko/a
    - nieprawidlowe przystawienie
    - zoltaczka
    - trudnie brodawki mamy

    nie zauwazylam tutaj w tym tekscie ani slowa o przyczynie

    bo niedobor pokarmu w pierwszych dobach to problem powszechny dotyczący prawie kazdej mamy… hmmmm a nie, to fizjologia, Laktogeneza II rozpoczyna sie pomiedzy 30-40 h po porodzie fizjologicznym do 50-72h po cieciu cesarskim, i te krople, ktrych personel intesywnie wygniatajac piersi mamy nie jest w stanie wycisac ale sa, bo Laktogeneza I zaczyna sie pomiedzy 16-22 hbd w zupelnosci wystarczaja noworodkowi pierwszych dobach bez dokarmiania, o ile inicjacja karmienia przebiegła prawidłowo i dziecko ssie prawidłowo, a jesli jest problem to sie diagnozuje i nie podaje mieszanki, tylko stymuluje piersi mamy a dziecku drenem podaje odciagniete mleko mamy, a nie zmodyfikowane mleko dla cielat, ktry zaburza proces kolonizacji jelit dzicka i sprzyja alerii w pozniejszym zyciu, chyba ze szpital jest gotowy wziac na siebie taka odpowiedzialnosc, jak rozwoj atopii

      • Popieram w 100% Jakoś mi smutno po przeczytaniu tego tekstu miałam Panią za taka prawdziwa położna ale na laktacji się Pani nie zna.

        • Hmm, generalnie bardzo lubię tego bloga, ale są notki przy których jakoś tak mi się przykro robi. I przy tej też jakoś tak nieswojo. Najczęściej są to notki o rodzących, które w czymś się z Panią Położną nie zgadzają. Szkoda, bo ja bym chciała spotkać na swojej drodze położną, która po pierwsze jest ciepłą, opiekuńczą osobą i która potrafi wysłuchać moich wątpliwości, doradzić i ZAAKCEPTOWAĆ to, że w pewnych punktach mogę się z nią nie zgadzać i że nie musi być wszechwiedząca. Czasami któraś z nas dzwoni do doradcy laktacyjnego, bo on nas wysłucha i wesprze, doda otuchy.I… on też ma doświadczenie i wie, że może na początku być problem z pokarmem, co nie oznacza, że trzeba od razu rzucać się z butelką do dziecka.I chyba bym nie chciała, żeby moja położna opisywała, nawet anonimowo, swoje fochy.

          • Hm… nie mogę się zgodzić z ani jednym słowem w Pani tekście. Natura wie co robi a przypadki kiedy kobieta naprawdę nie ma pokarmu- i nie dotyczy to tylko okresu po porodzie są bardzo rzadkie. Byłam w szpitalu gdzie byli świetni lekarze, bardzo pomocne położna ale niestety przystawianie butelki bez wiedzy matki- i zgody to normalka na oddziałach. 1. Dziecko przyniesione do matki ulewa po krótkiej chwili białą mieszanką- na pytanie co to jest słyszymy „nie, nie był dokarmiany” ale dziwnym trafem nie chce ssać przez najbliższe godziny a jedzenie w brzuszku znalazło się chyba przez przypadek bo na pewno nie z wód płodowych 2. Młodszy syn sporo płakał przez pierwsze 2 doby, chciał być ciągle tulony, dokarmiany przez położne jako lek na całe zło nie chciał zacząć ssać tylko wolał butelkę- łatwiejsze- i powrót do piersi był koszmarnie trudny mimo że mleko w piersiach było i samo ciekło…Teraz przy trzecim dziecku kategorycznie zabronię podawania mieszanki a każde zauważone przeze mnie dokarmienie będzie zgłoszone ordynatorowi. Dziecku wystracza w pierwszej dobie te kilka kropel siary, a położne niestety często próbują wmówić że dziecko płącze bo jest głodne- potrzeba ssania a głód to dwie różne sprawy, natomiast bez ssania nie ma pobudzenia piersi do pracy…odwodnione dziecko po 1-2 dniach od porodu? wydaje się naprawdę niemożliwe…

  10. A ja z kolei czułam się przymuszona do dokarmienia chociaż nie było takiej potrzeby. Dziecko spadło z masy nieco ponad 7% w 2 dobie, gdzie w trzeciej mieliśmy już 80 g wzrostu. Najadał się w 10 minut i po ważeniu przed i po karmieniu było wiadomo, że wypija te 10-15 ml na karmienie. Neonatolog na którą wielu rodziców narzeka nie tylko na oddziale położniczym (przyjmuje także poza szpitalem i zamiast skierować do specjalisty udaje, że sama jest specjalistą od wszystkiego – jednej pani stwierdziła nawet martwą ciążę i kazała zgłosić się na czyszczenie, po wizycie okazało się, ze ciąża jest żywa i do tego bliźniacza). I ja mam żal bo to dokarmienie w naszym przypadku konieczne nie było i na pytanie o to czy dziecko jest dokarmiane gdy odpowiadałam, ze nie wszystkie położne po kolei robiły dziwne miny i pytały „dlaczego?”. Według mnie dokarmia się wtedy gdy faktycznie jest taka potrzeba a nie na zapych aby wszystkie dzieci miały przyrosty najlepiej już w 1 dobie.

    • To może dodam tylko że metoda ważenia przed i po karmieniu jest przedpotopowa i niemiarodajna, dla mnie nie miałaby żadnego diagnostycznego znaczenia, dzieci przybierają skokowo – mógł zrobić siku w międzyczasie, sensowne ważenie mówiące o przybieraniu musi uwzględniać co najmniej 1 tygodniowe przerwy, w dodatku na tej samej wadze i warunkach – czyli dziecko bez pieluchy, lub ze świeżo założoną pieluchą.

  11. ~Anka, myślę, że ważenie przed i po karmieniu bardziej ma na celu sprawdzenie ile dziecko zjadło podczas karmienia, a nie ile przybrało na wadze. A odnośnie bardzo upartych mam, to znam i takie przypadki, gdzie maluszek z zapaleniem odpieluszkowym skóry nie był w żaden sposób leczony (nawet mama zabroniła smarować maścią) i stosowała tylko „smarowanie” mlekiem mamy, bo jest naturalne a cała reszta jest szkodliwa. Myślę, że czasem trzeba troszkę rozsądku i nie można się bezmyślnie upierać tylko dla idei. Tak jak Pani pisze – szkoda dzieciątka.
    Pozdrawiam

      • Anka, ja ważyłam dziecko przed karmieniem w ubranku i pieluszce – i tak samo po. Dzięki temu nawet, jeśli dziecko zrobiło siku, wiadomo było, ile mniej więcej zjadło. Jeśli za mało – dokarmiałam z butelki, ale swoim, wcześniej odciągniętym mlekiem. Nie było więc nerwów i frustracji, wręcz przeciwnie. Więc nie taka zła ta metoda ;)

        • Tylko, że u Ciebie podanie butelki (a więc i smoczka) nie spowodowało zepsucia techniki karmienia z piersi? Bo piszesz że jakbyś była zadowolona z tej metody. Natomiast u wielu matek podawanie butelki w pierwszych 6 tygodniach życia dziecka, może zepsuć technikę karmienia i spowodować, że dziecko będzie niechętne piersi.

          • Tak jak wspominały dziewczyny chodziło o kontrolowanie tego ile dziecko zjadło. I ważony był przed i po w takim samym „stroju” a często jeszcze owinięty w kocyk bo chodziło o różnicę wagi przed i po a nie o jego ogólną wagę.

  12. Mam wrażenie, że autorka by chciała, żeby pacjentka siedziała cicho, o nic nie pytała i na wszystko się zgadzała. To nie te czasy. Wnioskuję, że doradca laktacyjny przeszkadza w pracy bo wmawia kobietom, że są w stanie wykarmić dziecko.

    • Myli się Pani, doradca laktacyjny nigdy nie przeszkadzałby mi w pracy ,jeśli ruszyłby ,,cztery litery ” i pojawił się na oddziale, aby pomóc. Przez telefon to sobie można pizzę zamówić, pozdrawiam

      • Prawda jest taka ze doradca laktacyjny przez tel pomoże więcej niż położne na oddziale, niestety wiedza personelu medycznego o laktacji jest niewielka albo przestarzala.

        • Prawda jest taka, że położne laktacyjne umieją się zmierzyć jedynie z problemami błahymi. Moja córka urodziła się z rozszczepem podniebienia. Na oddziale próbowano mi powiedzieć, że raczej karmienie piersią się nie uda. Ale ja chciała więc zadzwoniłam do poważnej pani doradczyni co to w prasie nawet się publikuje i przedstawiłam jej nasz problem. Bardzo szybko skończyła rozmowę – za duży problem. Nie miała pojęcia o karmieniu dzieci z taką wadą. Drugie podejście osobiste. Pojechaliśmy z młodą na wizytę. Pani długo i zawile mi wyjaśniała sprawy oczywiste, poza najbardziej oczywistą. Dziecka z taką wadą nie da się karmić naturalnie (zdarzają się bardzo rzadkie wyjątki, lecz to raczej wyciskanie mleka niż ssanie). Gdy młoda dostała pleśniawek pani doradczyni się poddała i ja „zmądrzałam” i poszukałam informacji w internecie. I życie stało się prostsze.
          A teraz drogie panie przeczytajcie tekst pani położnej jeszcze raz. Wyraźnie napisała że są przypadki, że inaczej się po prostu nie da. My jesteśmy właśnie takim przypadkiem. Czy miała ze szczegółami opisywać dlaczego w tym przypadku jednak butelka była potrzebna? W niektórych przypadkach nawet butelka nie pomoże i potrzebna jest sonda.

  13. A już była nadzieja, że ten blog umarł. Z lekka robi się niedobrze, kiedy czyta się teksty napisane językiem powodującym drętwienie uszu.
    Sugeruję zmienić zawód, pani poloznaja, wypalenie wylewa się niemal z każdego zdania. Poza tym, chyba terapia to leczenie. Poród odbywający się poza szpitalem nie zawsze jest patologią. Reszty nie chce się cytować.
    Konsekwentnie, nie podpisuję się, bo imienia i nazwiska poloznaja nie mogę znaleźć (czyżby coś było w tym wstydliwego?).

  14. Położno, z całym szacunkiem… rozumiem że w Waszym szpitalu jest fajnie, szanujecie pacjentki i dbacie o dobro dzieci. Ale są szpitale w których wszystko odbywa się „taśmowo”. Wszędzie, przed porodem, czytałam o „terrorze laktacyjnym”. Nie bardzo mnie to przerażało, chciałam karmić piersią i cieszyłam się że dostanę fachową pomoc. Tyle że w „moim” szpitalu takowego terroru nie było. Był terror p.t. „dziecko nie może spaść na wadze”. Popraw mnie, jeśli się mylę, ale spadek wagi noworodka po porodzie, do 10% masy ciała, jest fizjologiczny, prawda? Zakładając świetny stan zdrowia? A mi, przy takim spadku, zalecono dokarmianie mieszanką…
    Poprosiłam o konsultację pediatrę, obejrzał dziecko, kartę, orzekł że wszystko w porządku, żeby jak najbardziej karmić piersią. Kiedy powiedziałam o zaleceniu położnej żeby dokarmiać, wyraźnie spłoszony powiedział że na pewno ma rację, że nie bez powodu i żeby dokarmiać. Mimo wszystko posłuchałam intuicji, karmiłam dziecko piersią (chociaż przez kapturki), i tak karmiłam przez kolejne pół roku. A mały przez pierwszy miesiąc przybrał grubo ponad kilogram… W szpitalu usłyszałam że „karmię piersią na własną odpowiedzialność”. Dokładnie tymi słowami. Gdybym była zastraszona, w dołku psychicznym po porodzie, nieświadoma, niewiele by trzeba żeby mnie odwieść od tej decyzji. Ale ja już wcześniej czytałam, konsultowałam się ze znajomą położną, w szpitalu z inną położną, lekarzem, i podjęłam decyzję. Owszem, karmiłam „na własną odpowiedzialność”- wszystko co robię z dzieckiem robię na własną- i jego- odpowiedzialność…
    Koleżanka z sali odciągała i wylewała (sic!) do zlewu siarę, płacząc że ona nie ma mleka tylko „żółtą wodę”, próby porozmawiania z nią kończyły się zawsze informacją że „położna mówiła żeby dokarmiać, a jak piersi pełne to odciągać, bo mała nie przybiera (dwudniowy noworodek!). Nie wiedziała jak wygląda pierwszy pokarm, jaki jest ważny, bywa- ale czemu nikt z personelu z nią o tym nie porozmawiał? Czemu doszło do takiej sytuacji że siara była wylewana do zlewu a dziecko dostawało mieszankę? Zdrowe dziecko, dodam, jedynie takie któremu waga spadła, również „w normie”.
    Niestety, przez takie sytuacje brakuje nieraz zaufania do położnych, pielęgniarek, pediatrów…

  15. ~Ika, całe szczęście miałaś na dość wiedzy, żeby podjąć słuszną decyzję! I właśnie to miałam na myśli pisząc, że czasem potrzeba nam mamom troszkę rozsądku :)
    Trochę nie rozumiem postawy ~degustacja, szczególnie jeśli chodzi o poród poza szpitalem. Może się mylę, ale mam wrażenie, że nie miała(e)ś styczności z przypadkami powikłanych porodów domowych… (i nikomu tego nie życzę). Oczywiście nie każdy taki jest, ale skąd nam wiedzieć jak będzie przebiegał poród? Powiem tylko na swoim przykładzie – gdybym rodziła w domu, dziś nie miałabym okazji wypowiadać się tutaj, bo już by mnie na tym świecie nie było (pomimo, że ciąża była wzorcowa, książkowa, fizjologiczna pod każdym względem itd. itp.). To zostawia piętno… Więc czy warto się upierać na poród domowy? W imię czego? A jeśli komplikacje będą dotyczyć dziecka, czy pomoc będzie na czas? Myślę, że wszystko zależy od nastawienia. Wg mnie nie ma znaczenia gdzie się rodzi – byle bezpiecznie :)
    ~Marta, właśnie to miałam na myśli – ważymy dziecko przed karmieniem w pieluszce i w ubrankach, po karmieniu w tym samym. Wówczas nie ma znaczenia czy siusiu jest już w pieluszce czy jeszcze w pęcherzu, a jedyne co może zmienić wskazanie wagi, to przyjęty pokarm (no chyba, że maluszek znacznie się spoci, no to wtedy troszkę „odparuje”) :) u mnie metoda się sprawdziła – sprawdzone przy pomocy pokarmu podanego z z butelki :)

  16. Hmm, w pewnych zawodach poza swoimi oczywistymi kwalifikacjami trzeba być też trochę psychologiem. Nie chcę oceniać sytuacji, o której Pani pisze, bo przy niej nie byłam. Ale wiem, że
    1) w wielu szpitalach bez zgody matki dokarmia się butelką, po czym powrót do karmienia samą piersią to walka
    2) pracownicy służby zdrowia potrafią traktować pacjentów w taki sposób, że ci tracą do nich zaufanie. Odzyskanie go jest bardzo trudne o ile nie niemożliwe. W tym przypadku mogę się domyślać, że musiało go nie być w ogóle, skoro pacjentka bardziej ufała komuś, z kim rozmawiała przez telefon, a nie Państwu. Być może czuła Państwa zniecierpliwienie i usilne próby zmuszenia jej do czegoś, czego ona nie chce?
    3) W polskich szpitalach pracownikom brakuje czasu, być może również niejednokrotnie odrobiny empatii, a pacjentom godnego i poważnego ich traktowania. Stąd takie a nie inne sytuacje.

  17. A ja mam takie pytaniie rodze za kilka dni planowane cc. A w szpitalu jest zakaz odwiedzin przez grypę. Jak to sie ma do praw pacjenta. Bo jakos nie wyobrazam aobie lezec po cc 4 dni sama bez wsparcia meza i odwiedzin jego. Chodzi mi jedynie o odwiedziny meza a nie innej rodzin

  18. Wiecie drogie panie, musze przyznac, ze nie podobaja mi sie niektore komentarze. To blog poloznej, wiec chyba oczywiste jest, ze pisze o swojej pracy, milych momentach, ale takze i bolaczkach i rzeczach, ktore ja zwykle po ludzku wkurzaja. Czasami zarzucacie jej, ze idealizuje swoja prace i szpital, a jak juz napisze, ze czasami ma problemy z pacjentkami to tez zle, bo w idealnych warunkach miec nie powinna. Nauczyciele czasami narzekaja na uczniow, sprzedawcy na klientow, a sluzba zdrowia na pacjentow. A poza tym chyba w polowie swoich postow Polozna pisala jak zawsze namawia do karmienia piersia, wiec nie oceniajcie tak szybko.

  19. Drogie koleżanki! Tyle tu mowy o tym ważeniu dziecka po karmieniu piersią! A czy słyszałyście o tym, że pokarm może być zróżnicowany pod względem „bogactwa” ? Nawet podczas jednego karmienia jest „zupka, danie główne i deser”. Dlatego ważne, żeby dziecko piło odpowiednio długo. Dlatego też ważne, żeby w czasie upałów podawać często – żeby sobie „zupki” popiło – i nie potrzeba dodatkowo podawać wody. Dlatego jak dziecko ma fazę „wiszenia na cycku” to nie grozi mu otyłość – bo jeśli pije częściej, to pierś bierze na to poprawkę.

    Jeśli wypijemy szklankę wody i szkalnkę zupy to jest różnica, więc moim zdaniem sprawdzanie ile gram dziecko wypiło – też nie załatwia sprawy w przypadku karmienia piersią!

    Moje doświadczenie z karmienia piersią: nastawiałam się mocno na karmienie piersią – ze względu na to, że wierzę, iż natura wypracowała najlepsze rozwiązania i im mniej się jej przeszkadza, tym lepiej. Do tego chęć zminimalizowania ryzyka alergii itd.

    Z tym nastawieniem na karmienie i poród naturalny trafiłam na ryzyko konieczności wykonania cięcia cesarskiego i byłam zrozpaczona, że nie po mojej myśli. Ale przypomniałam sobie jedno zdanie z „Języka niemowląt”, które stało się moją dewizą życiową: „NIE WAŻNE CO NAS SPOTYKA – WAŻNE CO Z TYM ZROBIMY”. Ostatecznie rodziłam siłami natury.

    Zaraz po urodzeniu maluch pociągnął ode mnie trochę siary i zasnął. Spał tak chyba 22 godziny i nie dawał się obudzić śpioch, a na jedzenie to już w ogóle ochoty nie miał. Oczywiście można uznać, że skoro natura chce, żeby odespał poród, to niech sobie pośpi… Ale halo! No już lepiej mu zepsuć humor, ale nie obawiać się, że czegoś nie dopilnujemy! Jako że nie chciał pić z piersi – śpioch – pani położna powiedziała, że da mu trochę mieszanki, żeby było łatwiej, a żeby poczuł jak to przyjemnie mieć mleczko w brzuszku…

    Ja oczywiście w płacz, bo „przecież jak załapie butelkę i słodkie modyfikowane, to nie będzie chciał piersi!”. Wyjaśniono mi, że to tylko na „rozruch” żeby poczuł pełny brzuszek, a potem to już tylko na piersi bez problemu.

    No i tak było! Napił się, pospał dalej, a potem to już się budził sam regularni i ciągnął z piersi aż miło! Pierś była w użyciu półtorej roku i karmienie zakończyliśmy bez płaczu i dramatów.

    Co do położnych szpitalnych i kwestii laktacyjnych – ja nie mam poczucia, żebym miała jakieś problemy, bo „gram w otwarte karty”. Pytam o wszystko, dopraszam się pomocy, a co najważniejsze – wszystko to robię z uśmiechem, szacunkiem do pracy i zrozumieniem. Koleżanki z sali śmiały się, że zadaję śmieszne pytania, których one by się nie odważyły zadać, a dzięki mnie się dowiadują odpowiedzi. Na przykład sama prosiłam położne, żeby mnie nauczyły jak się „doić”. Własne doświadczenie pokazało mi, że metoda położnej nie była najlepsza, po powodowała siniaki. Swoją wypracowałam z czasem.
    I zapytałam, czy nadmiar pokarmu mogę „odciągać dzieckiem”? Położna prawie posikała się ze śmiechu.

    Wychodzę z założenia, że dla dobra dziecka czasami warto z siebie (w wąskim gronie) zrobić idiotę – ale zawsze z uśmiechem – on wiele łagodzi!

    Jeśli tupet, to tylko z uśmiechem!

    • „pani położna powiedziała, że da mu trochę mieszanki (…) żeby poczuł jak to przyjemnie mieć mleczko w brzuszku (…) to tylko na „rozruch” żeby poczuł pełny brzuszek”

      No tak, dziecko poczuło jak to jest mieć w brzuszku mleko dla CIELĄT podane z zimnego sylikonowego smoczka i pewnie z daleka od jego mamy. Wg położnej ten „rozruch” jest lepszy niż gdyby przytulił się do swojej mamy, czuł jej zapach, słyszał bicie serca i pił z ciepłej piersi ciepłe mleko stworzone dla niego.

      U Ciebie to nie wpłynęło na kp, ale masa dziewczyn przez takie rady kończy karmienie wcześniej czy później.

      Autorka bloga pisze o sytuacji, gdy jakieś wskazania medyczne do podania mm były, a u Ciebie „na rozruch” ?! Ja bym w takiej sytuacji złożyła skargę, może przełożony nawet nie wie co podwładna wygaduje.

      • I jak wypił mleko dla cieląt to mu rogi i kopyta urosły. Czytając Wasze komentarze ma się wrażenie że po za pomiarami wagi kupki siusiu ml itd nie robocie nic (czytaj matki Polki pilnujące domowego ogniska) Do roboty. Post traktuje o zaufaniu i zdroworozsądkowym podejściu do tematu, każdego nie tylko karmienia piersią.Tyle literatury laktacyjnej przeczytałyście a zrozumienia powyższego tekstu brak.

        • I to jest właśnie istota problemu – wmówiono matkom, że mm jest ok, nie ma większej różnicy między mm a mlekiem kobiecym, a jednokrotne podanie nie ma znaczenia. Sąd dowody naukowe na to,że jednak ma.
          Dawno dawno temu gdy nie było mm kobiety karmiły wyłącznie piersią do ok. 10-12 mies. Gdy nastała moda i przyzwolenie na karmienie mlekiem krowim, odnotowywano większą śmiertelność u niemowląt. Wiedy zmieniono zalecenia i kazano podawać pokarmy stałe już od 4 mies. Teraz mleko mm jest dużo lepsze niż wtedy, ale nadal to jest mleko obcogatunkowe. Mleko krowie ma dużo kazeiny, króra jest potrzebna do budowy rogów i kopyt ;)
          Niech każdy karmi jak chce, ale coraz częściej spotykam się z postawą, że lepiej dla matki i dziecka przejść na mm.

          • Kiedy terroryści laktacyjni zrozumieją, że większość kobiet karmiących MM nie robi tego z wygody, a z troski o WŁASNE DZIECKO, bo nie chcą dziecka odwodnić lub zagłodzić. Konieczność podawania wynika z różnych przyczyn, ale to Wasz interes. Nikt Wam krzywdy w ten sposób nie robi. Wy sobie karmcie dzieci jak chcecie. Innym też dajcie wybór. Zrozumcie w końcu, że ta Wasza presja na świeżo upieczoną matkę tylko pogarsza sytuację, która chcąc sprostać wymaganiom może zacząć popadać w depresję i frustrację, a stąd już tylko krok do problemów z karmieniem.

            Matki karmiące MM są przez Was szykanowane. I pomimo iż są wzorcowymi matkami, to fakt karmienia MM jest dla Was dyskryminujący.

            PS. Podaj źródła na te rewelacje o śmiertelności niemowląt karmionych mm.

            PS2. Nie zaobserwowałam ani rogów ani kopyt u dzieci karmionych sztucznie :):)

      • Dziecku podano to mleko w butelce przy mnie. Podawała położna i jestem z tego zadowolona, bo ja bym pewnie przeniosła swój niepokój i nerwy na młodego i pewnie byłby klops.

        Może by było bardziej „poprawnie” ideologicznie, żeby do tego celu użyto odciągniętego mojego mleka… ale – podejrzewam, że więcej krzywdy mogłaby wyrządzić w tym przypadku (pewnie nieudana) próba odciągania mojego mleka. Ja bym się podłamała, że nie leci, że mało itd. – i może wtedy karmienie potoczyłoby się gorzej w dalszej perspektywie.

        Co do konsekwencji – młody ma już 4 lata i właściwie od początku alergię na krowie mleko. Tzw. kolki, ciemieniuszka i trądzik niemowlęcy minęły, jak tylko wykluczyłam z diety nabiał – nie jestem w stanie ocenić przyczyny – czy to genetyczna skłonność do alergii po mnie, czy zgubny wpływ jednego karmienia mlekiem modyfikowanym.

        W całym życiu miał później 2 próby karmienia butelką – żadna nie udana. W wieku 6 miesięcy, kiedy ja wróciłam do pracy – pił moje mleko z filiżanki.

        Na wcześniejsze zakończenie karmienia piersią ma wpływ wiele czynników. Oj, bardzo wiele. Jestem wyjątkiem wśród rodziny i znajomych, więc poznałam sporo powodów i okoliczności. Zdrowotne, ideologiczne, wiara w siebie, wygoda, stosunek do własnego ciała, stosunek do pracy, relacje z kobietami w rodzinie. Także poziom wiedzy o karmieniu piersią. Każdy z tych elementów może mieć wpływ na okres karmienia. Myślę, że większość przeszkód można pokonać, jeśli inne okoliczności dopiszą.

        Znam dziewczynę, która przeszła na mleko sztuczne, bo w drugim tygodniu życia dziecko denerwująco długo wisiało na piersi. Zanim ja urodziłam, patrzyłam na koleżankę jak na patologiczną matkę. Dopiero karmiąc własne dziecko zrozumiałam te nerwy i zrozumiałam, że nie mam prawa jej źle oceniać.

  20. 1 – nie „nie ważne”, tylko „nieważne”
    2 – nie „półtorej roku”, tylko „półtora” – bo rok to rodzaj męski.

    Przyjmij to z uśmiechem ;)
    Pozdro!

  21. Tak… tyle jeszcze pracy przede mną! :)

    Oczywiście poczułam się dotknięta, ale rozumiem poczucie misji i dziękuję!

    Na razie pracuję nad używaniem prawidłowej odmiany „w cudzysłowie”.

    Znalazłam sposób na zapamiętanie poprawnej formy – tożsamej z „w du..ie” :)

  22. U mnie sytuacja była odwrotna. Rodziłam w Chorzowie. Syn wył niemal ciągle, mimo stałego przystawiania do piersi. Prosiłam o dokarmienie, bo logicznym było, że nie mam pokarmu, ale jedynie usłyszałam ordynarne opinie połoznych na temat wyrodnych matek. Wypisano nas w 50 godzinie życia dziecka. Na moją uwagę,że syn jest odwodniony, bo zużyłam przez 2 dni jedynie 4 pieluchy, usłyszałam, że , jako pierworódka „nnie znam się”.
    Po potwornej nocy w domu, kiedy to syn krzyczał niemal bez przerwy, wezwana połozna”rodzinna” kazała nam natychmiast jechac do szpitala. Syn był skrajnie odwodniony, kolejne dwa tygodnie spędził w szpitalu, bo razem z wenflonem zafundowano mu gronkowca. Kolejne lata to była trudna walka o jego prawidłowy rozwój . A wystarczyło, by „doświadczone” położne nie traktowały karmienia piersią jako dogmatu na miarę „świętej krowy”

    • Terror laktacyjny to temat rzeka… Byłam świadkiem w dużym renomowanym szpitalu sytuacji, w których każda położna powtarzała, jakie to karmienie piersią jest ważne, ale jakoś żadna nie pochyliła się nad młodą nieśmiałą matką, żeby sprawdzić, czy dziecko jest dobrze przystawiane do piersi i żeby pomóc.

      Czytając o karmieniu byłam lepiej przygotowana do karmienia, niż te położne ze swoim doświadczeniem. Piszę to już z perspektywy praktyka.

      Wszystkie położne gadają jak wyuczone formułki o karmieniu piersią. Zbyt rzadko to się przekłada na praktyczną wiedzę i pomoc. Byłam zaskoczona, jak mało czasu poświęcono tematowi naturalnego karmienia w szkole rodzenia, w stosunku do ćwiczeń praktycznych dotyczących butelki…

  23. Cóż, takie podejście pacjentów nie bierze się z powietrza.
    Chociaż uwielbiam tego bloga ale to już kolejna notka pokazująca, że autorka jest przekonana o tym, że skoro ona ma takie podejście i jej koleżanka również to musi znaczyć, że 100% personelu medycznego też tak się zachowuje. Otóż nie. Gdyby tak było i personel medyczny w każdej placówce w całej Polsce był tak empatyczny, pomocny i odpowiednio przeszkolony to kobiety nie czytałaby miliona poradników przed porodem, bo wiedziałby, że w szpitalu otrzymają całą potrzebną im wiedzę oraz pomoc.

    Jak każdy wie tak nie jest.

  24. Cóż, szpital szpitalowi nie równy, tak samo lekarz lekarzowi, czy pielęgniarka/położna pielęgniarce/położnej…

    Kiedyś byłam wyrwać zęba, to po samym znieczuleniu zaczęło mi się w głowie kręcić. Potem jak zaczęła dentystka dłubać i dłubać, poczułam że chyba zaraz zemdleję. Powiedziałam stop, ta wyciągnęła dłoń i następne co pamiętam to powrót świadomości. Kiedy dochodziłam do siebie, to powiedziała niezadowolona, że to muszę mówić że mam skłonność do omdleń.

    W zeszłym roku byłam w szpitalu (na oddziale laryngologicznym) na zabiegu wycięciu polipa z gardła. Kiedy powiedziałam pielęgniarce, która mnie przyjmowała, czy nie można by było zamiast miejscowego znieczulenia zrobić ogólne, bo mam skłonność do omdleń i nie chciałabym sprawiać problemów – powiedziałam to związku z tym, co usłyszałam od dentysty. Pierwsze co usłyszałam od pielęgniarki to ich śmiech (w stylu ale ma żądania), a potem dopiero powiedziała, że to zbyt błahe na takie znieczulenie. Później lekarka mnie zawołała, pooglądała i mówię jej to samo że mam skłonność do omdleń, to zawołała drugiego lekarza, żeby się z nim skonsultować jak to zrobić, była jeszcze pielęgniarka która podawała sprzęt, ale też była przygotowana na ewentualne cucenie. Lekarka zaproponowała jeszcze przejście do drugiego zabiegowego gdzie jest leżanka, ale zrobili to tak szybko, że nawet się nie zorientowałam. Jeszcze co jakiś czas padło słowo, że ich straszę, że będę mdlała. Mimo to, idąc do sali zakręciło mi się w głowie, ale jakoś dotarłam do łóżka.

    A najgorsza rzecz, jaka mnie spotkała w służbie zdrowia – dotyczy mojej siostry. Bolała ją szyja, że nie mogła spać, ledwo żywa, wymiotowała z bólu, mdlała. Pojechała z chłopakiem na SOR – dali leki, wysłali do domu, kazali iść do swojego lekarza neurologa na drugi dzień. Przed pracą pojechałam do przychodni ją zarejestrować, potem gdy zbliżała się pora zaczynania, podjechałam do pracy powiedzieć, że tylko siostrę muszę zarejestrować do lekarza, bo rodzice na urlopie i jesteśmy same. Okazało się, że lekarz jest o takiej porze, że bardziej opłacało mi się wziąć urlop, niż być w pracy i co chwilę się urywać. Nie przechodziło. Dostała leki i jak nie przejdzie miała przyjść w środę. Wtedy przyjmował popołudniu do 18tej, a że ja pracowałam do 15:30, więc pasowało. Siostra zadzwoniła rano się zarejestrować, byłyśmy w przychodni przed 16tą, a lekarza nie ma, bo nie było pacjentów! Wtedy takie święte poleciały przy rejestracji, że szkoda gadać. Tyle dobrze, że była pielęgniarka współpracująca z neurologami i siedziała w swoim gabinecie i widziała, jak ciężko z siostrą (prawie mi mdlała), dała jej zastrzyk przeciwbólowo-zapalny, posiedziałyśmy u niej i powiedziała, żeby przyjechać rano i jak będzie daleki numerek to spróbuje ją prędzej wprowadzić. Poprosiłam babcię, aby z nią była w przychodni, bo nie mogę tak się urywać. Zawiozłam je, pogadałam z szefem, że będę musiała się wyrwać na godzinkę by siostrę zawieść do domu bo jest z babcią u lekarza, bo nic jej się nie polepszyło. Przyjechałam ponownie do przychodni bo mi zadzwoniła że są gotowe – siostra siedzi blada jak ściana. Okazało się, że po wyjściu z gabinetu zemdlała. A co było w gabinecie? Lekarz jej powiedział, że symuluje i ma iść do psychiatry! Myślałam, że go z babcią zabijemy! Wszyscy na korytarzu widzieli, że dziewczyna ledwo żywa, a lekarz ją tak potraktował! Ta sama pielęgniarka zmierzyła jej ciśnienie, dała jej zastrzyk na wzmocnienie i jak się dowiedziała, co się stało za ścianą, to tylko pokręciła głową. Okazało się, że bardziej pielęgniarka jej pomogła tymi zastrzykami, niż lekarz!

    Ja też ostatnio zastanawiam się nad zmianą ginekologa, bo trochę mi się nie podoba, jak mówi że nie trzeba nic robić i wszystko jest ok, jak ja coś czuję, że nie jest… Jakby co – nie jestem w ciąży. A co do oddziału ginekologiczno-położniczego, to wiem iż może kobiety i chwalą sobie nasz oddział położniczy, ale gdy rodziły w innym mieście to w porównaniu z naszym i gdyby jeszcze miały wybierać wybrałyby ten w innym mieście. Gdyby to była jedna, dwie opinie to jeszcze można by było się zastanowić, ale jak jest ich więcej to już się zapala jakaś lampka w głowie.

    Takich przykładów mogłabym mnożyć i mnożyć.

    Tak też sama pani widzi, że nie zawsze wina leży wyłącznie po stronie pacjentów. Personel medyczny też przyczynia się do tego, że pacjenci prędzej czy później utracą do nich zaufanie. Gdyby wszyscy byli jak ta pielęgniarka u neurologa, albo z tego co widać po opisach – Pani, to byłby raj. Tylko jak zauważyć dobre chęci, skoro ma się przykre doświadczenia?

  25. Z całym szacunkiem dla Pani stażu w zawodzie i doświadczenia ale takie pobieżne opisywanie pacjentek może przynieść więcej szkody, niż pożytku. To kolejny Pani wpis, który mam wrażenie działa na niekorzyść środowiska położnych. Zła, niepokorna pacjentka, niekompetentny doradca laktacyjny bo mu się „czterech liter” ruszyć nie chciało. Ciekawe tylko co by było, gdyby ten doradca zjawił się na oddziale i chciał pomóc? Z własnego doświadczenia wiem, że nie zawsze są przyjmowani z szerokimi ramionami. Pacjentka nie zaryzykuje w obawie przed personelem. Coś chyba nie do końca gra w Pani relacji z pacjentką, skoro ta woli radzić się przez telefon. Nie daje to nic do myślenia? Sama również jestem położną i pracuję z kobietami zarówno w trakcie porodu jak i na położnictwie. Nie wydaje mi się, żeby naszą rolą było ocenianie pacjentek, nawet anonimowo na własnym blogu. Może zamiast tego warto poświęcić 20 min i wytłumaczyć dokładnie jakie są wskazania do dokarmiania? (o ile w tym przypadku takie były) Popracować nad prawidłowym ssaniem u noworodka? Nauczyć odciągania pokarmu? Tyle rzeczy do zrobienia a dopiero na samym końcu można mówić o upartej pacjentce. Może w końcu zamiast żali na blogu inwestycja w kurs doradcy laktacyjnego?

  26. Cóż… byłam na praktykach w wielu szpitalach, dopiero uczę się zawodu ale… nie jestem ślepa i widzę jak to się odbywa na oddziałach. Co szpital to obyczaj, kazdy ma swoje przepisy. Położna musi się do nich dostosować. Czasem „odgórnie” jest nakaz, że żeby dziecko i matka wyszli ze szpitala maluch musi zacząć przybierać na wadze i basta – stąd dokarmianie żeby wieczorem na wadze było więcej niż wczoraj. Przybiera- wychodzi. Tylko może lepiej żeby zostało te dwa dni dłużej które można by wykorzystać na naukę karmienia piersią? Tylko do tego potrzeba by odpowiedniej ilości personelu bo jedna położna nie nauczy 20 pacjentek na oddziale karmić bo wymaga to poświęcenia dużej ilości czasu a samej papierologii jest na 5 godzin pisania a gdzie podawanie leków, wykonywanie zleceń itd. Moja nauczycielka będąc z nami na oddziale u pacjentek po cieciach cesarskich które miały problem z przystawieniem wylewała kroplę mleka sztucznego na brodawke matki. Za to inne położne żeby mieć spokój kiedy mama spała podawały dziecku glukozę przez strzykawke. Uważam że do tego zawodu trzeba mieć mnostwo pasji, samozaparcia i cierpliwości. Ale przede wszystkim zrozumienia, że ludzie są różni a matka po porodzie czasem jest nie do poznania nawet dla własnej rodziny przez burzę hormonów. Rozumiem autorkę że czasem może mieć zwyczajnie dość i swoje żale i odmienne zdanie wylewa tu – lepiej tu niż do pacjentki. Największym problemem jest system który nie pozwala tej jednej położnej zaopiekować się całym oddziałem. I wiem, zaraz się posypia komentarze ze musi byc czas na picie kawy i plotkowanie – pewnie jest mnóstwo moich starszych koleżanek które tak by chciały ale nie jest to regułą wiec po prostu wykonujmy my młode położne swoją pracę na sto procent tak jak nas tego uczą a za x lat nie będzie potrzeby dywagowania na takie tematy. Pozdrawiam.

  27. Zgadzam się z panią, jednak różni ludzie stoją po przeciwnych stronach. Ja natknęłam się przy pierwszym porodzie właśnie na taką pielęgniarkę jak pani na pacjentkę.
    Wychodząc po CC miałam dopiero siarę w jednej piersi, Przez cały pobyt musiałam się prosić o dokarmianie. Na wiadomość, że w 3 dobie po przystawianiu do obu piersi, nie mam mleka pani pielęgniarka spojrzała na mnie dokładnie tym samym wzrokiem. Złapała mnie za sutek i przycisnęła, z drugim tak samo. Miałam rację i niepotrzebnie zostałam potraktowana z góry.
    Z pierwszą córką miałam problem z karmieniem cały czas.
    Przy drugiej nauczona doświadczeniem i ze znajomością własnego ciała udało mi się rozbudzić laktację.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.