Nauka odpoczynku

Czy wiecie, dlaczego na oddziale położniczym najczęściej dochodzi do konfliktów lub nieporozumień? Bo położnice, czyli mamy są po prostu zmęczone. Tak po ludzku , padają na twarz. Poród , wysiłek przy narodzinach dziecka, potem emocje, strach, ból i radość odbierają kobiecie energię i siłę. Wiadomo, że dochodzi do wyrzutu hormonu adrenaliny która ma rekompensować wysiłek, ale nie jest to długotrwałe. Matka powinna odpocząć, aby móc opiekować się dzieckiem i normalnie funkcjonować.

Dobrze, jeśli poród następuje w nocy. Kobieta, trafiając na oddział położniczy do sali, ma kilka godzin na sen i odpoczynek. Gorzej, gdy jest to dzień. Rano wizyty lekarskie , badania i wykonywanie zleceń zakłócają spokój. Sale są zazwyczaj dwuosobowe, przy bumie narodzin, zawsze jest pełne obłożenie. Noworodki płaczą, matki chodzą, rozmawiają, ciągle ktoś się kręci. Nie ma możliwości spokojnego odpoczynku. Nawet jak skończy czynności personel medyczny, to na salę wchodzą salowe i zaczyna się sprzątanie, stukanie, trzaskanie drzwiami. Jak tu spać?

A po południu zaczynają się odwiedziny. Tłumy ludzi,którzy szukają swoich bliskich, odwiedzają sąsiadkę i stoją, siedzą i zalegają kilka godzin. Nie można spać, karmić swobodnie swojego dziecka, poprawić podpaski, skorzystać z pokojowej toalety ( a jak puszczę bąka i ktoś usłyszy? ) Nikt nie szanuje drugiej osoby. Ojcowie dzieci zapominają, że wypada usiąść tak, aby nie widzieć biustu sąsiadki :-D .

Wiem, że pojedyncze sale dla położnic rozwiązały by problem, ale do tego jeszcze bardzo daleko. Obecnie jest wspaniale, jeśli są to sale dwuosobowe. I jak na razie tym tylko dysponujemy.

Proszę matki, aby zawsze korzystały z każdej chwili spokoju na własny odpoczynek.

1 Śpij, gdy śpi Twoje dziecko

2 Ogranicz czas odwiedzin

3 Szanujcie się wzajemnie

4 Porządek pomaga w zachowaniu dobrego samopoczucia

5 Jeśli jesteście na granicy wytrzymałości poproście o pomoc

6 Korzystajcie z drzemki , przekazując opiekę nad dzieckiem ojcu – skoro siedzi kilka godzin,

7 Nie traćcie czasu na jałowe pogaduchy telefoniczne lub przez internet.

8 Szpital nigdy nie będzie ,,domem”

9 Twój strach i agresja nic nie pomogą – rozmawiaj z personelem, wyjaśnij czego oczekujesz

10 Teraz, natychmiast – nie zawsze jest możliwe. I nie wynika to ze złej woli personelu

Jestem ciekawa, jak Wy odpoczywałyście po porodzie, jakie macie przemyślenia, co Wam przeszkadzało? Może coś zmienimy, poprawimy na szpitalnym oddziale?

32 Komentarze

  1. Dzięki Bogu miałam pojedynczą salę z własną łazienką. Gdyby mi przypadła druga sala gdzie była dwuosobowa i bez łazienki to bym chyba dużo gorzej wspominała pobyt w szpitalu.

  2. W szpitalu w którym dwa razy rodziłam problem odwiedzin jest rozwiązany w ten sposób, ze przed oddziałem jest pokój odwiedzin wyposażony w kanapy i stoliki. Odwiedzający nie mogą wejść na odział położniczy ale mama z maleństwem jak tylko czuje się na siłach może wyjść do swojej rodziny i być tam tak długo jak zechce. Sale są co prawda 4 osobowe ale każda z duża łazienka. Uważam ze to świetne rozwiązanie. Nikt się nie krępuje. Pozdrawiam serdecznie

  3. A ja rodziłam dwa razy w Irlandii i byłam na sali 5 osobowej ( taki standard ) i mimo wszystko miło ten czas wspominam☺

  4. Rodziłam we Wrocławiu, później sala dwuosobowa z łazienką. Miałam cudowną współlokatorkę – gdy jedna szła do toalety, druga miała nadzór nad jej maleństwem. Razem na badania jeździłyśmy, wspierałyśmy się w czekaniu na kolejkę, w karmieniu. Dużo przegadałyśmy przez 4 dni pobytu razem.
    Z kolei gdy przychodził mąż (odwiedzał mnie tylko on, nie chcieliśmy żadnych innych odwiedzin, bo ani to nie było miejsce, ani czas) – ja miałam czas na drzemkę, kąpiel, odpoczynek. Każdej młodej mamie życzę takiej koleżanki w pokoju i takiego męża :)

  5. Czytam standardy w innych szpitalach i oczom nie wierzę. Ja rodziłam w Lublinie pól roku temu. Leżałam na sali 8 osobowej! A łazienka była jedna na 3 takie sale! Koszmar. Przetrwałam to dzięki wsparciu męża, koleżanki z sali i chyba własnemu instynktowi przetrwania.:) na szczęście byłam tam tylko 4 dni.

    • Też rodziłam w Lublinie i leżałam na sali 7 osobowej również 3 łazienki dostępne na cały oddział. Niestety leżałam tam 7 dni i akurat był zakaz odwiedzin. Z jednej strony był to ciężki czas dla mnie, bo był to mój pierwszy poród i tyle niewiadomych. Z drugiej strony zakaz odwiedzin pomagał mi bardzo. Można było zachowywać się swobodnie, karmienie, zmiana podkładów, pościeli itp. No i jak dla osoby, która miała przy sobie pierwsze dziecko leżenie na sali z 6 innymi kobietami było pomocne i wspierające.

      • Rowniez rodzilam w lublinie. Ginekologia (nie na patologi)na Jaczewskiego. Przed porodem lezalo nas na sali 5. Po porodzie trawilam do sali dwuosobowej.Lazienka na korytarzu na przeciwko naszej sali. Dostepna tylko dla nas. Inne sale posiadaja wlasne. Caly oddzial czysty zadbany. Super personel. Polozne pomocne, nie bylo problemu jesli potrzbowalam pomocy rowniez w nocy. Ordynator trzymal dyscypline, nie dal sobie wejsc na glowe ani personelowi ani pacjentkom. Jesli miala bym drugi raz rodzic to tyllo tam. Nie wiem jak na Staszica ale mialam mozliwosc zobaczenia oddzialow na Lubartowskiej jako odwiedzajaca- porazka. Mozliwe ze obie panie tam rodzily.

  6. Na położniczym spędziłam kilka dni przed porodem. Udało mi się zaobserwować zjawisko „koczowników położniczych”(np. kiedyś pan zjadał obiad oddziałowy) i np. tabuny ludzi do jednej położnicy…zjawiskowe to były pochody. Urodziłam g0.30, na salę dojechałam ok3ciej nad ranem. Dwie godziny snu, polazłam na noworodki, ale nie chcieli mi oddać Córki do momentu wizyty noworodkowej (pewnie też widzieli, że wyglądam jak 7 nieszczęść, bo po porodzie położna z grubsza pomogła mi się domyć i kazała nie wstawać do rana z łóżka:), no więc zerknęłam na młodą i pod prysznic. Osobiście uważam, że oddział położniczy i blok porodowy, to tak specyficzne miejsca, gdzie buzują hormony, że sporo kobiet robi się drażliwych o byle bzdurę i niestety czasem trudno tego uniknąć. Trafiłam na fajne współlokatorki, uczynne i sympatyczne. Jedyne, co mnie doprowadzało do szału, to to, że u jednej non stop siedział mąż (rozumiem, że chciał czuwać przy żonie, ale 4h ciurkiem w śmierdzących butach/skarpetach skrobiąc na komórce:). Ja swoją rodzinkę ograniczyłam do męża i błyskawicznej wizyty mamy i teściowej, tłumacząc sytuację. Naprawdę nie uważam, że inne osoby, poza partnerem/ mężem/ ew. najbliższą osobą powinny mieć wstęp na oddział położniczy. Może czasy o których opwiadała mi teściowa, że dzieci oglądano przez szybę miały coś w sobie.. Czułam się skrępowana brakiem możliwości położenia się swobodnie na łóżku (lipcowe upały wykluczały kołdrę), szukania dogodnej pozycji do karmienia, swobodnego funkcjonowania ze swoją poporodową fizjologią. Panie położne goniły czasami niektórych, ale czasem napotykały na pretensje. Współczułam im, bo nie dość, że musiały dbać o połóg i położnice, to jeszcze pilnować elementarnych zasad kultury u innych…

  7. Przy pierwszym lezalam w sali 2-osobowej, a do mojej sasiadki przychodzily tabuny gosci, caly dzien. Panowie sobie patrzyli, jak sciagam pokarm. Przy drugim – maz wspollokatorki siedzial non-stop, a ona co troche wlaczala elektryczny odciagacz do mleka. Dopiero przy trzcim, urodzonym w Niemczech, mialam pojedyncza sale, z lazienka. Jedyna niedogodnosc to to, ze przewijak byl po drugiej stronie korytarza, ale poniewaz maz byl ze mna przez 3 dni (spal na drugi lozku), nie bylo z tym wiekszego problemu…

    • Po porodzie leżymy na sali z obcą osobą, nawet zwykłe przyzwyczajenia jednej osoby mogą przeszkadzać tej innej.

      Chcesz powiedzieć, że nie powinna ściągać mleka, bo Tobie to przeszkadzało? Sama ściągałam 8 razy na dobę mleko elektrycznym szpitalnym (!) laktatorem, bo moje dziecko trafiło na oddział patologii noworodka. I w nosie miałam to, że może przeszkadzam współlokatorce, a jej partner gapi mi się na biust.
      Wietrzyłam krocze i nie wstydziłam się leżeć z „namiocikiem” z kołdry. Niech się wstydzi osoba, którą to dziwi i która się na to gapi.
      Poza tym nieludzkie jest lokowanie kobiety, której dziecko leży w inkubatorze na innym oddziale z kobietą, która ma swoje dziecko przy sobie. Ja tak miałam przez tydzień. Dodam, że współlokatorki i ich dzidziusie się zmieniały (w sumie poznałam 3), wychodziły do domu, a na moją salę trafiały nowe. Prośba do położnych – dbajcie o to by nie dochodziło do opisanych wyżej sytuacji. To naprawdę trudne dla kobiety. I wtedy naprawdę chce się, aby z kobietą był partner.

      • Chce powiedziec, ze bylo na oddziale pomieszczenie, w ktorym spokojnie mogla odciagac mleko i nie musiala warczec nad glowa mojego dziecka kilkanascie razy dziennie. A robila to tylko wtedy, kiedy jej dziecko bylo zabierane na badania, na kroplowki, naswietlania itp, itd. Moze Tobie nie przeszkadza wietrzenie krocza i piersi przy obcych facetach, mnie owszem. Namiocik z koldry moze i sie sprawdza, ale przy 40 stopniach na zewnatrz i wewnatrz, ciezko jest uzywac koldry. Nie wiem, gdzie wyczytalas, ze moja wspollokatorka nie miala przy sobie dziecka? Wrecz przeciwnie – mimo ze jej dziecko bylo chore, to bylo wlasnie razem z nia.

  8. A ja rodzilam w uk. Pierwszy porod 8 osob na sali I wcale nie bylo tak zle. Kazde lozko ma zaslony, wiec jak chcialam prywatnosci to sie zaslanialam taka zaslona I bylo ok. Ale w uk jest o tyle lepiej, ze jesli nic sie nie dzieje, to nastepnego dnia sie idzie do domu. A przy kolejnym dziecku mozna wyjsc po kilku godzinach. Oba porofy wspominam dobrze, pierwszy to w ogole byl bum I ciasnota, drugim razem tylko 3 nas na duzej sali bylo. Ale jest jrdna roznica. Jak sie zwijalam z bolu, to polozne dodawaly otuchy powtarzajac jak nakrecone, ze wiedza, ze boli, ze jest przykro, ze juz niedlugo, ze dam rade. W Pl kolezanka uslyszala, ze ma tak nie jeczec, bo to poczatek I napewno az tak nie boli. Znieczulica az sie rzygac chce.

  9. Leżałam w sali z czterema paniami z tym jedna miała bliźniaki. Rodziłam o 22.32 w niedzielę w Trzech Króli…dziecko dano mi…od razu i zawieziono mnie na sale już z dzieckiem w łózku. Była północ… dostałam krwotoku i położne z salowymi musiały wymieniać materac i pościel bo krew sączyła się na podłogę (miałam małopłytkowość w ciąży). Dziecko cały czas było ze mną obok w wózeczku gdyż panie stwierdziły że po porodzie dziecko będzie spało…niestety już dwie godziny po zaczęło płkać. Pomimo wezwań nikt nie przyszedł i sama musiałam wstać z kroplówką w ręku i wziąć dziecko na ręce i do łóżka. Leżałam 7 dni z dzieckiem , byłam wykończona…zero wsparcia… mała miała żółtaczkę i nie chciała leżeć pod lampą ale to było moje zadanie by …w nocy z nią siedzieć pod lampą bez ochrony oczu. Tłumy odwiedzających, płacz innych dzieci…. straszne chwile. Po wyjściu moja córka spała 5 godzin bez obudzenia się. Byłyśmy wykończone. Takie niestety trafiłyśmy na warunki i personel…poniewaz jedna położna wpładła na pomysł by zachęcić dziecko do leżenia pod lampami dała małej butelkę pustą do ssania i… od tej doby zaczęły się kolki bo mała nałykała się powietrza…połozna chciała dobrze ale obie nie miałyśmy świadomości do czego taki eksperyment doprowadzi. Teraz jestem w drugiej ciąży i trochę nastawiam się negatywnie, że będzie cieżko po porodzie. Przed porodem leżałam tydzień i było super…ale po…trauma.

  10. Swój pierwszy wspominam zle.Urodziłam w Matce Polce.Sale małe trzy osobowe wiecznie jacyś goście duchota mimo ze była to zima.Lezalam prawie na zlewie dosłownie nie było gdzie się ruszyć. Wypisalam sie sama bo nie dałam rady juz tam psychicznie.Jedn doktor zachował sie bardzo wporzadku że gdy by coś mi się działo bo byłam po cesarce to mam wracac. Drugi w Sieradzu dobrze.Sale dwuosobowe a odwiedziny w pokoju na korytarzu więc święty spokój.Mimo ze łazienka na korytarzu to nie było jakoś z tym problemu.Tak że miło wspominam.

  11. Rodziłam 3 razy w Szczecinie. Pierwszy raz trafiłam do starego szpitala pół roku przez zamknięciem do remontu. Warunki były jak w starym akademiku, połowa rzeczy nie działała a druga połowa naprawiana była „na gumę do żucia”. Leżałam na patologii ciąży i już tam trafiłam na wspaniałe koleżanki z sali, do dziś utrzymuję z jedną z nich kontakt. Położne i lekarze również byli życzliwi i pomocni, miałam swoją znajomą położną która mnie odwiedzała i pomagała mi w pierwszych dniach z dzieckiem. Po porodzie trafiłam do sali w której już leżała 19latka z dzieckiem i to był dla mnie bardzo trudny czas. Walczyłam o karmienie po cięciu a ona ciągle jęczała, że pokarm ją zalewa, ma mokrą koszulę i śmierdzi. W ogóle buzia jej się nie zamykała. Ja z kolei miałam straszny zjazd hormonalny i wylewałam fontanny łez, kompletnie nie mogłam sobie z tym poradzić. Następnego dnia urodziła koleżanka z patologii, więc poprosiłam położne czy mogę przenieść się do niej na salę – byłam gotowa sama wszystko nosić, aby tylko się zgodziły. Nie było z tym żadnego problemu, więc resztę pobytu razem z nią minęły mi wspaniale i mamy mnóstwo wspomnień – nawet te mniej przyjemne związane z niedogodnościami starego szpitala i gośćmi na oddziale do późnych godzin.
    Kolejną dwójkę dzieci rodziłam w nowoczesnym szpitalu, świeżo oddanym do użytku. Tutaj również spotkałam się z życzliwością położnych, pielęgniarek i lekarzy – z jednym tylko wyjątkiem. Pracuje tam lekarz pediatra w której szpony wpadłam niestety w obu przypadkach i bardzo źle to wspominam. Kompletnie taka osoba nie pasuje do tego miejsca. Pisze Pani o tym, aby prosić o pomoc jeżeli jesteśmy na granicy wytrzymałości – tak właśnie zrobiłam kiedy moje dziecko po cięciu ssało pierś bez ustanku cały dzień. Czułam że zasypiam z córką na rękach i tracę kontakt z rzeczywistością, bałam się, że ją upuszczę na ziemię. Powiedziałam o tym wspomnianej wyżej lekarce i poprosiłam o opiekę na noworodkach żebym się z godzinę przespała – zrobiła mi wtedy straszną awanturę że nie chcę karmić dziecka. Ja nic podobnego nawet nie powiedziałam, tylko poprosiłam o przerwę na sen. No cóż – Pani doktor nie lubi ludzi i psuje dobrą opinię placówki. Żaden lekarz, pielęgniarka czy położna nigdy tak się nie zachowała. We wspomnianym, nowoczesnym szpitalu nie warunki czy opieka są problemem. Po cesarskim cięciu pacjentki wypisywane są po ukończonej drugiej dobie pobytu w szpitalu. Nie ma możliwości zdiagnozowania właściwie żółtaczki i kończy się to powrotem do szpitala po kilku dniach. Na oddziale noworodkowym matki nie mogą zostać z dziećmi na noc i trzeba chcąc nie chcąc zostawić tygodniowe dziecko i wrócić do domu. To bardzo trudne…..
    Przy okazji mam pytanie: czy często pojawia się u pacjentek po porodzie taki ekstremalny zjazd hormonalny? Mój płacz był nie do powstrzymania, było mi z tym strasznie „głupio”, nie mogłam wykrztusić słowa,tak się zanosiłam płaczem. Próbowałam się uspokoić, ale z byle powodu za chwilę znów wylewałam łzy jak fontanna. Czy nie można jakoś takiej mamie pomóc? Przypuszczam, że karmienie piersią nie pozwala na jakąś pomoc farmakologiczną, ale może? Jakie jest Pani zdanie?

  12. U nas w szpitalu były sale 3-osobowe z łazienką dla położnic po cesarce oraz sale 2-osobowe (łazienka w korytarzu) dla kobiet po porodzie sn.
    Rodziłam pierwsze dziecko, dlatego zarówno dla mnie jak i dla mojego męża było ważne żeby spędzić jak najwięcej czasu razem z dzieckiem. Super pomysłem byłaby sala odwiedzin, bo my dużo czasu spędziliśmy na korytarzu (a wiadomo jak niewygodne są tam krzesła), żeby współlokatorka mogła odpocząć.
    Poza tym słabo wspominam opiekę – nie licząc położnej laktacyjnej- położne widziałam tylko jak przed obchodem rozdawały termometry, a wizyta lekarska kończyła się na pytaniu czy wszystko w porządku. Nie wiem czy pacjentki po cc miały tak samo

  13. Ja trochę z innej beczki, ale na początku też o porodzie: rodzilam dwójkę dzieci, ostatnie 16 lat temu. Pobyty w szpitalu wspominam koszmarnie, przy czym byłam miłą, nieroszczeniową, silną i młodą dziewczyną. Z jednej strony kompletny brak pomocy, z drugiej tabuny odwiedzających. Do swojego lozka musialam się przeciskać. Jeden prysznic (plus kilka nieczynnych) na cały oddział, przy czym zazwyczaj totalnie zadymiony przez palaczki. Szkoda opowiadac. Rok temu zdecydowałam sie na plastykę brzucha. Miałam spędzić w szpitalu 3 dni po zabiegu i z góry było wiadomo, ze wizyty są tylko przez 2 godziny dziennie w wyznaczonej porze. Początkowo buntowałam się: jak to?; maż nie będzie ze mną przez cały czas? Przecież będę potrzebowała jego pomocy. Szybko przekonałam się że dużo bardziej niż jego pomoc, potrzebny był mi odpoczynek, spokój i odrobina prywatności. Lezalysmy na sali we trzy i żadna nie miała ochoty na wizyty w sytuacji kiedy leżała pokrojona, obolała i z rurkami z każdej strony (kroplowki, dreny, cewniki) Gdybym miała rodzić jeszcze raz, myślę, ze wolałabym taką wersję zwyczajów oddzialowych.

  14. Ja rodziłam w nocy. I moim zdaniem jedyny plus tego jest taki, że przy porodzie jest jakoś spokojniej, bo w dzień to sama Pani opisała co się dzieje. Była to moja druga nieprzespana noc, bo już jakieś 48 h przed rozwiązaniem męczyły mnie skurcze przepowiadające na tyle silne, że nie pozwalały usnąć. Ostatecznie urodziłam o 2.30 rano. Do 4.30 leżałam jeszcze na porodówce, przed piątą rano zostałam przewieziona na położnictwo. O 5.00 niby mogłam już spać, bo położna wzięła moje dziecko do siebie abym właśnie mogła odpocząć. Co już przymykałam oko to wchodziła położna do sali monitorując mój stan. Nie mam pretensji, wiem, ze to dla mojego dobra, no ale o spaniu mogłam zapomnieć, bo byłam wybudzana co 30 min. O 7 rano pielęgniarka przywiozła mi moje dziecko :) więc tak się wyspałam :)
    Mam chyba szczęście do ludzi, bo trafiłam na fantastyczna dziewczynę na sali. Jedna drugiej zerkała na dzieciątko, gdy któraś z nas poszła do toalety. Sale były 2 – osobowe, ale łazienka wspólna na cały oddział :( mimo to nigdy nie zastałam w niej tłoku. W dodatku miałam pokój na przeciwko łazienki, więc daleko chodzić nie musiałam. I moim zdaniem odwiedziny u położnicy powinny być jakoś prawnie ustalone. Maksymalnie jedna osoba na raz, nie więcej niż dwie w ciągu doby. Troszkę to było męczące, gdy do koleżanki obok przyszła w odwiedziny mama i dwie siostry naraz. Tak było u mnie – po porodzie sn. Nie wiem jak to jest u dziewczyn po cc. Swoją drogą bardzo mądry wpis!

  15. Ja odpoczywalam w sali 2-osobowej, z trojka innych mam, z których dwie mialy bliźnięta… I oczywiście do tego tlum gości,jakby nie można odwiedzin przelozyc na „po szpitalu”…

  16. Rodziłam 4 lata temu, poród błyskawiczny, po wyjściu z porodówki od razu śmigałam po oddziale. Nic mnie nie bolało, dobrze się czułam. Niestety ze względu na komplikacje z dzieckiem, spędziliśmy na oddziale 2 tygodnie. Okropność. Brak pomocy ze strony personelu, na sale nie mógł wejść nikt z rodziny, trzeba było wyjść do gości (samemu bez dziecka) poza oddział, nacisk położnych aby karmić dziecko piersią (zapomniały tylko powiedzieć jak to robić prawidłowo – syn nie mógł złapać piersi i ssać, on wrzeszczał bo był głodny – a ja byłam wściekła), do tego nastawienie niektórych położnych…. SYN 24h na dobę miał mieć rączkę zabandażowaną i przyciśniętą pod kontem 45stopni do ciała, jak była fajna położna to albo dobrze zabandażowała i rączka rzeczywiście tak tkwiła, albo szłam do dyżurki z 20 razy dziennie, aby mu to zabandażowały. Jak była kiepska zmiana to słyszałam „Pani dziecko więc Pani to sama musi robić”. Sale 5 osobowe – obłożenie pełne, łazienka szt.2 i prysznic szt. 3 wspólny na korytarzu z wszystkimi czyli z jakimiś 30 osobami.

  17. A co powiecie na liczne rodziny? Leżałam na ginekologicznym. 3 laski w pokoju. W nocy przyjeżdża jeszcze 1. Tej samej doby odwiedziło ją 2 mężczyzn i 7 kobiet. Siedzieli kilka godzin.. Trochę wymiękłam i wolałam już wyjść na korytarz. Strasznie się rodzina stęskniła czy co, że kobity pół nocy nie widzieli?

  18. Rodzilam dwa razy. Obie ciaze rozwiazanie poprzez cc. przy pierwszym pordzie w 2010 r w Rzeszowskim szpitalu na Lwowskiej sale mialam 2 osobowa. Lazienka na korytarzu. jedyny minus to pielegniarki i polozne. nic nie wytlumaczyly, nic nie pomogly. synka przywiozly na 2 dzien, a rodzilam o 11 przed poludniem. coreczke rodzilam w 2014 r w Rzeszowie na Rycerskiej. sala 3 osobowa. jedna lazienka na 2 sale. ale korkow nie bylo. jedna przzepuszczala druga. wspollokatorki mialam swietne. A mialam ich kilka bo na oddziale spedzilam 19 dni z powodu choroby coreczki. Polozne byly na kazde zawolanie, wytlumaczyly i razem ze mna walczyly o kazda krople mleka wyita z piersi. Gdy mala lezala w inkubatorze pod lampami, przychodzily brac ja lub pilnoway w sali zebym ja mogla odpoczac. gdy braly na kroplowke (mala miala zapalenie ploc) wspieraly.

  19. Mi w pierwszej chwili najbardziej dokuczał… głód. Nie zjadłam w domu obiadu (czekałam na powrót męża po pracy), tylko coś lekkiego przekąsiłam, potem porodówka- i tak poród bardzo szybki, zjazd na salę- i było już po kolacji. Zanim wzięłam prysznic i pomyślałam o tym, bufet już był zamknięty, sklepik też, nie było gdzie wyskoczyć. Miałam jeden batonik muesli i to był cały posiłek od godz. ok. 14:00 kiedy ostatni raz coś jadłam, do następnego dnia rano.
    Co jeszcze- upierdliwa współlokatorka :) Taka osoba na sali potrafi naprawdę wszystko zatruć. Miałyśmy trójkę- własciwie to była dwójka z dostawką. Jedna z dziewczyn bez żadnych oporów przerywała sen czy drzemkę, również bez oporów świeciła w nocy ostre światło żeby dziecko ponosić i przewinąć, śpiewała mu w głos, non stop skarżyła się, żaliła- w pierwszej chwili myślałam że dziewczyna zagubiona i nieporadna, może trzeba doradzić, pomóc (położnych nie winię za brak czasu- ganiały z językiem na brodzie i tak). Ale nie, nie chciała słuchać ani porad, ani oglądać praktycznych pokazów, nie chciała pomocy- chciała się wyżalić, poskarżyć i wygadać. Jak był jej mąż, przynajmniej on tego wysłuchiwał, chociaż i tak na cały regulator…
    Do oddziału i personelu nie mam większych zastrzeżeń (oprócz zerowego wsparcia w karmieniu piersią). Ale system jaki tam działał był po prostu fatalny… nie było mowy o oddaniu malucha choćby na pierwsze kilka godzin po porodzie, żeby złapać moment snu. Dziecko czasem woła o pierś co godzinę- półtorej, matka musi się kiedyś zregenerować, poród to wysiłek, ubytek krwi- a tu pod opieką nagle 24 h na dobę noworodek. Pod opieką półprzytomnej, osłabionej mamy z zawrotami głowy, pociętym kroczem, zginającej się wpół od bólu brzucha. Nie tak powinno to wyglądać, rozumiem nawiązywanie więzi ale dla mnie to było momentami niebezpieczne. Dla dziecka też. Miałam to szczęście że mąż przyjeżdżał, miał wolne, mógł posiedzieć przy małym. Ale lada dzień rodzę kolejne dziecko, a wtedy- jeśli dobrze pójdzie- mąż będzie maksymalnie na pół dnia. A dalej- radź sobie matko sama.

  20. Ja swoje dzieci rodziłam w Holandii. Pierwszy był synek, urodził się przed 15. Ponieważ to był 36t6d to wyjątkowo jako wcześniaka zostawili nas na obserwację i byłam na sali poporodowej tylko z jedną panią, Polką zresztą. Położne przynosiły picie, przebierały malego i dawały mi go żebym mogła go nakarmić. Gdyby nie dziecko sąsiadki, które płakało przez całą noc, na pewno bym odpoczęła tak to dopiero w domu mi się udało.
    Córkę rodziłam w ubiegłym roku w tym samym szpitalu i pokój, w którym rodziłam miał łazienkę i wszystkie inne udogodnienia, ale nie dane było mi się tym nacieszyć, bo urodziłam o 9:17 a już o 11:30 zostałam wypisana :). Tutaj nie praktykuje się pobytu w szpitalu po porodzie (no chyba, że były komplikacje). Wysyła się matkę z dzieckiem do domu i przez kilka dni po porodzie przychodzi do domu pielęgniarka, która pomaga dojść do siebie i przy opiece nad noworodkiem.
    Wiele kobiet tutaj wybiera poród domowy. Myślę, że przy takim systemie, gdzie po porodzie w szpitalu i tak zaraz wypisują do domu to jest jakieś wyjście :).

  21. Rodzilam w Niemczech. Mielismy do dyspozycji pokoj rodzinny, maz byl ze mna w czasie porodu i kilka dni w szpitalu. Po prawie 30 godzinnym porodzie zakonczonym cesarka nie wyobrazam sobie, ze moglo by go z nami nie byc. To byla naprawde ogromna pomoc, kiedy mala plakala. Nie musialam sie do niej zrywac, mial mi kto pomoc wstac, dojsc do toalety, wykapac sie. Mial mi kto przyniesc herbate, poprosic polozna o pomoc. Mielismy swoj spokoj i czas na nauczenie sie „obslugi” noworodka z pomoca poloznych. Nie przyjmowalismy odwiedzin, bo na nie kazdy moze poczekac w dobie mmsow, skypow itd. Jesli zdecydujemy sie na drugie dziecko tez zaplacimy za pokoj rodzinny. To naprawde duzy komfort, ze nikt obcy nie patrzy jak czlowiek dochodzi do siebie, jak walczy o laktacje. Nikt nikomu nie przeszkadza swiatlem, telefonem, laktatorem ani telewizorem.

  22. Urodziłam 4 miesiące temu, pierwszego dzidziusia – syn. Wybrałam się do szpitala, do którego wszyscy mieli dziwne uprzedzenia i niemiło o nim mówili – a ja miałam odwrotne uczucia, pielęgniarki noworodkowe bardzo miło wspominam, były bardzo pomocne – kiedy dobę po porodzie bylam zmęczona i niewyspana, a mój synek nagle się rozpłakał bez znanego mi powodu i nie umiałam sobie z nim poradzić, zaprowadziłam go na salę noworodkową i mogłam się wyspać. Przychodziły często, zagladały jak mi idzie karmienie piersią, pilnowały czy wszystko już umiem jako, że jestem pierworódką.

    Co do porodu.
    Rodziłam przez cały dzień, przyjechałam z rana po odejściu wód, a urodziłam na drugi dzień po północy. Trafiłam na fajne położne, wspierały mnie podczas porodu, mimo mojego marudzenia i krzyczenia wręcz „pomocy” (kiedy nikogo w pobliżu nie było, a nie miałam partnera przy sobie, bo nie mógł przyjechać), to reagowały, przychodziły, rozmawiały. Jedyne na kogo mogę „ponarzekać” to na niewyrozumiałego lekarza przyjmujacego mój poród, według niego nie miałam bóli (ktg nisko je zapisywało), nie potrafiłam przeć i współpracować – urodziłam z jego pomocą, naciskał mi na brzuch… Okazało się, że dzidziuś owinął się pępowiną i ciężko mu się było obniżać do kanału rodnego – zdanie położnych, bo zdaniem lekarza „nic a nic się pani nie starała”. Ale byłam tak zmęczona po 18 godzinach, że miałam w nosie tego lekarza ;) Nie przejęłam się nim. Ale mogłabym się uczepić zbyt chłodnej sali porodowej, w koszuli zmarzłam jak diabli, miałam ochotę na grube, wełniane „zakolanówki” – ale już sala, na której później leżałam, była bardzo dobrze ogrzewana. Rodziłam na sali 3osobowej odgrodzonej murkami (pojedyńcza była dla porodów rodzinnych), a potem trafiłam do sali 4osobowej, ale najpierw byłam w iej sama (co bardzo sobie w pierwszych godzinach chwaliłam, mogłam sobie bezkarnie zmieniać podkłady bez wychodzenia do łazienki i miałam trochę prywatności), a później doszły do mnie dwie kobietki – co też było fajne, bo jak wyżej piszecie, pomagałyśmy sobie, jedna drugiej pilnowała maleństwa. Gdy tylko maluszek za długo płakał to pielęgniarki przychodziły pomóc. Miło wspominam ten czas.

    6 tygodni po porodzie poszłam do kontroli, okazało się, że zrobiła mi się duża torbiel, 10×7 cm i od razu dostałam skierowanie do szpitala. Pojechałam do tego samego, co w nim rodziłam. Ale że dostałam jeszcze tego samego dnia miesiączkę (tak lekarze przypuszczali – że to już okres, nie krwawienia połogowe), i że byłam ledwo po porodzie i jeszcze karmiłam piersią, to odesłano mnie do domu. Przeszłam się do innego lekarza, u niego już kontrolowaliśmy tą torbiel, leczyliśmy hormonalnie, ale nic nie ruszyło, więc po 2 miesiącach dostałam ponownie skierowanie do szpitala, ale z zaleceniami żebym jechała do innego szpitala niż w tym co urodziłam – bo wszyscy ten „mój” szpital negatywnie oceniali. Ok, skoro tak mówią, pomyślałam „może porodówka w porządku, a ‚zabiegówka’ zła?”, to sobie myslę – większe miasto, dalej położone, wyremontowany niedawno szpital, to może być faktycznie lepiej? Zostałam dziś przyjęta i jutro mam mieć laparoskopię. Niemiła atmosfera wśród pielęgniarek, nikt się nie interesuje, nikt nic nie informuje… Jedynie z poprzedniego szpitala zapamiętałam, że mam przyjechać na czczo, a w samym szpitalu zjeść maksymalnie zupę, a potem już nic. Tu mi nic nie powiedziano… Nie dostałam nawet zupy, podejrzewam, że zapomniano o mnie, bo trafiłam sama na małą salę podpisaną jako „pooperacyjna”, bo w tych zwykłych było przelężenie. Ale jestem spokojniejsza, bo badał mnie fajny lekarz, wesoły i powiedział, że na 100% będzie laparoskopia, że uda się taką dużą torbiel w ten sposób usunąć i że oni nie „praktykują” nacinania brzucha jak przy cięciu cesarskim. A w poprzednim szpitalu powiedziano mi, że będa próbować laparoskopią, ale rzadko się udaje z taka dużą torbielą i może się to zakończyć „cc”. W jednym szpitalu trafiłam na przemiły personel, ale jakieś „ale” ludzie mają do samych zabiegów, a tu odwrotnie, zdecydowanie lepiej jest jeśli chodzi o zabiegi, ale nieinteresujący się personel. Szkoda, że nie trafiłam jeszcze na szpital, gdzie jedno idzie w parze z drugim. Ale w moim przypadku jednak jest ważniejsze by mi ten zabieg porządnie przeprowadzili. Przeboleję ten brak zainteresowania. Byle do operacji i byle do domu.

    Aha i nawiązując jeszcze do porodów – jedyne co ja bym zmieniła gdybym mogła cofnąć czas to wzięłabym ze sobą osobę towarzyszącą, bo najbardziej brakowało mi obecności drugiej osoby przez cały ten czas, nawet po to by po prostu była. Mam takie osobiste wrażenie, że mój poród trwałby krócej (i być może byłby zakończony bez pomocy lekarza, bo sama dałabym radę) gdybym miała takie wsparcie osoby obok siedzącej przez cały ten czas. Moim zdaniem nie jest ważny wygląd szpitala, nowoczesność, czy słuchanie pogłosek innych na to jak to bardzo źle tam jest, a dobra atmosfera, przyjazne położne, wsparcie drugiej osoby podczas porodu, a wszelkie niedogodności jak duże sale, czy łazienki na korytarzu da się przeżyć.

    Marzy mi się córeczka za jakiś czas i gdybym miała wrócić do tamtego szpitala, to bym wróciła, właśnie przez to, że miło wspominam położne i pielęgniarki noworodkowe. Aha i przez najbliższe 2 miesiące wręcz mi się one śniły ;)

  23. Ja rodzilam 2 razy, w dwóch szpitalach. Pierwszy, urodziłam 23:30 a synka dostałam dopiero ok 11. Mogłam się wyspać, to fakt. Ale reszta do bani. 4 osoby na sali, tłumy odwiedzających, łazienka na korytarzu. Drugi, urodziłam o 9:30. I na sali pooperacyjnej leżała z taką Panią ze tylko modlilam się żeby nie być z nią później. Na całe szczęście byłam sama na dwu osobwej sali z łazienką przy sali. Super. Także zgadzam się ze współlokatorki może skutecznie popsuć nastrój!

  24. Dwa razy rodziłam całą noc by dziecko urodziło się z rana, a na salę przewożona byłam koło południa. Obydwa razy wylądowałam na największej sali na oddziale – piątce (w szpitalu gdzie rodziłam nie ma jedynek, jest większość dwójek, kilka trojek i jedna piątka) i szczerze mówiąc nie narzekałam. Zawsze trafiałam na naprawdę sympatyczne kobiety, więc przyjemnie nam się rozmawiało, nawzajem sobie doradzałyśmy, nie było problemów poprosić żeby któraś przez moment przypilnowała dziecka gdy szlo się pod prysznic itp Zdarzało mi się chodząc po korytarzu dyksretnie zaglądnąć jak jest na innych salach i cieszyłam się, że nie jestem na dwójce – maleńkie klitki gdzie w ogóle miejsca nie było, a my w tej piątce miałysmy naprawdę dużo swobodnej przestrzeni.
    Jeszcze co do odpoczynku to ponieważ nie spałam nic przez noc gdy rodziłam również nigdy nie spałam pierwszą noc po porodzie ze względu na emocje. I to co, że nie miałam przy sobie dziecka. Tak więc dwie noce pod rząd bez snu, a w dzień bieganie na intensywną terapię do dziecka. Odpoczywać próbowałam dopiero w domu, po dwóch tygodniach spędzonych w szpitalu

    • Aha i jeszcze jedno: po drugim porodzie był taki moment, gdy akurat było mało porodów i przez pół dnia byłam sama jak palec na sali. To było tak dziwne i nie mogłam się doczekać aż wreszcie mi kogoś przydzielą. Gdybym miała przy sobie dziecko to pewnie byłoby inaczej, miałabym co robić.

  25. Wydaje mi się, że to ludzie XXI zatracili taką umiejętność odpoczywania. Mamy w obecnych czasach mnóstwo rzeczy do roboty, gonimy za pieniędzmi i kiedy mamy parę dni wolnego/urlopu nie wiemy co ze sobą robić. Co Pani o tym sądzi?

  26. Ja rodziłam 7 lat temu. Brak postępu porodu i po 2 godz. od pełnego rozwarcia – CC (jak słyszę że gdzieś każą na siłę rodzić naturalnie do końca to uważam, że trafiłam do bardzo dobrego szpitala). Po porodzie sala 2-osobowa z prysznicem ale niestety kabina otwarta – bez drzwi (?) Moja współlokatorka – 19 latka z trzecim dzieckiem – też po CC pół godziny przede mną. Do sali trafiłyśmy ok godz. 22 (ona pół godz. wcześniej). Dostałam lek (dolargan?) aby przespać spokojnie noc. Niestety w środku nocy moja współlokatorka zaczęła domagać się przyjścia pielęgniarki. Przycisk nie działał, albo niestety nie mogły podejść więc w środku nocy zaczęła… wzywać ją krzykiem. Zaczęłam jej współczuć ale tylko do czasu kiedy w końcu ktoś przyszedł. Okazało się bowiem, że chciała zapytać tylko dlaczego nie ma przy niej jej dziecka. Wtedy szlag mnie trafił. Fakt, że to było moje pierwsze dziecko i instynkt włączył się u mnie dopiero w trzeciej dobie ale u licha czułam się zmęczona podobnie jak inne mamy a ta wrzeszczy w środku nocy z takiego powodu. Oczywiście dzieciątko spało sobie spokojnie pod okiem pielęgniarek na sąsiadującym z naszym oddziale neonatologicznym. Na oddziale odwiedziny były możliwe tylko do kobiet po CC i to tylko jedna osoba koniecznie w fartuchu ochronnym i pielęgniarki były w tym zakresie bardzo konsekwentne. Panie, które mogły chodzić wychodziły do osobnego pomieszczenia z dzieciątkiem i tam mogły siedzieć tak długo, jak sobie chciały i z kim chciały. Dodam, że to pomieszczenie było przeznaczone wyłącznie dla pań z oddziału położniczego. Do mojej współlokatorki przychodził partner mimo, że mogła chodzić. Ale ok – w końcu po CC. Pod warunkiem, że partner wie jak się zachować. Ten był kompletnym burakiem. Właził jak do obory. Mój partner zawsze przed wejściem pukał w drzwi i wchodził dopiero na wyraźne „proszę” a po wejściu mówił „Dzień dobry”. Wydaje się, że nic nadzwyczajnego? Dla tego buraka niestety nie. Kiedyś akurat brałam prysznic w tej otwartej kabinie i całe szczęście, że zauważyłam przez szparę, że zamierza wleżć i zdążyłam się okryć. Panowie kochani i wszyscy inni odwiedzający swoich bliskich na jakichkolwiek oddziałach!!!! Sala w szpitalu jest dla pacjentów tymczasowym domem w związku z czym uszanujcie to „czyjeś terytorium” i prawo do prywatności. Na koniec dodam, że ta konsekwencja przy pilnowaniu odwiedzających dała taki efekt, że w tym szpitalu, podczas mojego 2-tygodniowego pobytu nie było przypadku infekcji u noworodków. Przypadek???

Odpowiedz na „~wkwAnuluj pisanie odpowiedzi

Wymagane pola są oznaczone *.